Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

O POPRAWIANIU SAMEGO SIEBIE

Photo by Mathew Schwartz on Unsplash

Ostatnio siedzę i poprawiam to, co napisałem. Klepałem w klawiaturę przez równo 40 dni, dzień w dzień i po kilka godzin, więc nie mam ochoty nawet zamieszczać postów w Necie. Zazwyczaj, tak swoją drogą, poprawa zajmuje mi drugie tyle, co produkcja tekstu, i jest — jak się przekonuję za każdym razem na nowo — równie męcząca, co każdy inny etap powstawania książki.

Jeszcze nikt tego nie czytał, oprócz mnie, i nie wiem, czy ktoś to kiedykolwiek przeczyta, ale mniejsza, bo zanim to komukolwiek pokażę — o ile będę miał sposobność — muszę wziąć się za poprawianie samego siebie. Tak to wygląda, niestety, ale i nie wyobrażam sobie, by miało to wyglądać inaczej. W pierwszym rzucie tekst nie nadaje się bowiem do czytania przez inną parę oczu niż moja, toteż dłubię w nim na tyle długo, że po wszystkim chcę wydłubać swoje oczy, a potem włożyć je do szklanki z lodem, tak by należycie odpoczęły.

Poprawiam się dwa albo trzy razy na komputerze. Z jednej strony najlepiej, jak tekst odleżakuje — minimum dwa tygodnie — a z drugiej wiem, że muszę do tego przystąpić jak najszybciej, tak by nie zapomnieć szczegółów. Nie mam rozpisanych wątków ani bohaterów —  to wszystko trzymam w głowie, naprawdę — i nie chcę zgubić żadnego detalu, a to może być czasem i pół zdania, które wypowiedziała na odchodne trzeciorzędna postać. Może to zaważyć na jakości intrygi i spiąć historię we wiarygodną całość. Albo wręcz przeciwnie, jeśli tego nie wychwycę.

Im dłużej też zwlekam z autoredakcją, tym bardziej mi się jej nie chce robić. Tłumaczę sobie wtedy, że tekst już mam napisany i to będzie nawet korzystniej, jak poleżakuje dłużej, gdyż będę miał wrażenie, że nie ja go pisałem, a wrócić można do niego zawsze, nie? Przecież nie ucieknie. Ale właśnie ucieknie, bo do kilku tekstów, które odłożyłem, nie chce mi się wracać. Ani trochę. Wydaje mi się, że będę zaczynał pracę od nowa, a to bardzo zniechęca. Zapominam myśli bohaterów, którymi byłem wtedy, i zapominam o ich motywach, a to znaczy, że muszę najpierw przeczytać całość, a potem dorobić brakującą warstwę.

Jak przeredaguję kilkukrotnie tekst zdigitalizowany, robię wydruk i poprawiam się długopisem. Od nanoszenia zmian na plik aż kręci mi się w głowie, bo wyszukuję fragment na kartce i zaraz ten sam na komputerze, a wystarczy zmienić jedno albo dwa zdania — co ja, dodać jedno albo dwa słowa — żeby rozkład stron uległ zmianie. Zabawy z tym co nie miara, ale proces to zaiste magiczny. Treść nabiera kształtów i głębi. Nie bez powodu Hemingway mówił, że ów etap to jest właśnie to prawdziwe pisanie. Ale ja magii poprawiania dopatruję się w jeszcze jednym — i nie mam na myśli leżakowania tekstu, odczytywania go z boku, na chłodno, ani drukowania czy redagowania przez redaktora, który pokazuje mi, ilu nieścisłości jeszcze nie dostrzegłem. Ale jak to jest, że drugie tyle błędów znajduję po tym, jak tekst jest po łamaniu albo chociażby w PDF-ie? To jakieś niezrozumiałe. Nie mam pojęcia, jak to działa, i chyba nie dowiem się nigdy. Mogę też dopatrzeć się więcej, kiedy zmienię font i rozkład linijek (robię to i teraz, zanim udostępnię ten wpis), ale i tak najbardziej dziwi mnie ten PDF. Dlaczego widzę w nim coś, czego nie jestem w stanie zobaczyć w Wordzie?