Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

SKOPANY

Photo by Lex Melony on Unsplash

Jak to jest w Skopje?

Pierwszy list z podróży do Macedonii

Drodzy,

Być w Skopje to jak cofnąć się o czterdzieści czy pięćdziesiąt lat w Polsce. Innymi słowy, czyżby tak wyglądała teraz nasza ojczyzna, gdybyśmy nie weszli do Unii? Może, chociaż w latach 20 poprzedniego wieku Unia nie istniała, a rozkwitaliśmy, jak żaden inny kraj w Europie.

W stolicy główny plac wokół fontanny z Aleksandrem Macedońskim, a także przestrzeń po drugiej stronie mostu, wyglądają dość ładnie, tym bardziej jeśli wykadrować odpowiednio zdjęcie. Ale wystarczy odejść ulicę dalej czy spojrzeć chociażby za róg większego budynku — na przykład galerii miasta czy muzeum walki macedońskiej — by odkryć kupę gruzu, kupę śmieci i kupę. Swoją drogą, to muzeum jest na wysokim poziomie i warto do niego zajrzeć, nawet jak nie wie się nic o rewolucji w Macedonii.

Chciałoby się rzec zgryźliwie, że porządek nie zapanuje tu nigdy, skoro Aleksander Macedoński, postać sporna dla wielu pod względem chociażby pochodzenia, stanowiąca symbol nieporozumienia, góruje tu ponad wszystkim i wszystkimi. A dla świętego spokoju można by go uznać przecież za Francuza. Albo kogokolwiek innego. Naprawdę, bo to i tak nie ma dla nikogo znaczenia. Żadnego.

Rozumiem, że kraj może być biedny, ale chyba żaden nie tak, by nie móc posprzątać, tym bardziej gruzu w stolicy, a jeszcze tym bardziej sterty śmieci czy skosić trawy. W Macedonii walą gruz tam, gdzie jest wyższa trawa, ale nie wiem, czy po to, by nie było widać gruzu czy tej rozrośniętej trawy. Jeśli są pieniądze na stawianie takich pomników — a uwierzcie, że tu jest pomnik na pomniku, mniejszy na większym i większy na mniejszym — to powinny być i środki na sprzątanie wokół.

Jak ten syf może nikomu nie przeszkadzać? W jednym miejscu serwują lody, a dwa metry obok stoi zmielona kanapa, pogięte ramy okien i spleśniałe butelki? Kto wpada na pomysł, by zgarnąć gruz i wpierdolić go pod jakiś balkon, pod schody czy za jakąś budę, a z braku pomysłu w wysoką trawę albo przynajmniej w cień, tak by resztki szkła nie błyszczały z daleka? I kto na to pozwala? Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy robotnicy zostawiają po pracy taki bałagan, a miasto podchodzi do tego z obojętnością.

Największy uniwersytet w kraju jest obdrapany, a na jego terenie, na trawnikach kampusu, walają się połamane krzesła i wyprute fotele, do tego na chodniku przed budynkiem znajduje się dziura wielkości dwóch piłek do koszykówki. Można złamać sobie nogę, jeśli człowiek zapatrzy się na syf za płotem, ale gdy się to już stanie, można przysiąść na wieży z popękanych opon. Inny przykład — największa galeria handlowa w stolicy, bardzo nowoczesna, a tuż obok budynki z dziurami w dachach? Nie naśmiewam się z biedy, ale jak tu zrobić porządek — i tu oddzielny, ale powiązany wątek — wśród ludzi, którzy nałogowo palą w sklepach i restauracjach? Chłop sprzedający w spożywczaku siedzi na kasie i pali? Przecież odechciewa mi się od niego kupować czegokolwiek. Kierowca autobusu wiezie mnie przez miasto, kopcąc za kierownicą najmocniejsze szlugi? Mało się nie porzygałem. Schodzę do restauracji hotelowej na śniadanie, bardzo wymuskanej, a tu klient odpala szluga? Ciężko tu znaleźć miejsce dla niepalących. Żeby to pierwszym pytaniem kelnera było, czy palę, czy nie?

Jeśli nie wyjedzie się poza miasto, nie ma tu jak spędzić czasu. Przepraszam, że list jest tak krótki i ogólny (jutro będzie więcej), ale kiedy go pisałem, pogłębiał się we mnie jedynie żal, tym bardziej, że nie chcę tu być z osobą, z którą tu przyjechałem, ale zaciągam na nią kurtynę milczenia. Nie jest warta żadnego z moich słów. Ani kropki

E.W.