polować na książki w Barcelonie

Jak to jest polować na książki w Barcelonie?
Nienajgorzej. Jedyną przeszkodą mogą być święta czy w ogóle nieregularne godziny otwarcia sklepów. Mają tu sieciówkę antykwariatów REREAD. Pokazała mi je siostra, kiedy do niej przyjechałem. Wcześniej, gdy chodziłem w Hiszpanii na książkobranie, zaglądałem do second-handów czy do ulicznych handlarzy. Albo po prostu — najlepiej! — jeździłem na Cuesta de Moyano.
Ciągle, czego sam byłem świadkiem, przynosi tu ktoś używane książki: starsza pani zaciągnęła ich przy mnie cały wózek, a sprzedawczyni powiedziała, że skupują je po 25 centów za sztukę, niezależnie od tytułu, ale nie biorą ich jak leci, tylko muszą je najpierw przejrzeć. Wiadomo, niektóre książki, tak wierzę, muszą poczekać na lepsze dni, czasem tak odległe, że nie ma dla nich miejsca ani tu, na półkach, ani na zapleczu. Swoją drogą, ktoś mógłby powiedzieć, że 25 centów to żadna kwota przy skupie, ale uwierzcie, że nie raz w Hiszpanii znalazłem książkę na śmietniku — tym razem również, choć nie grzebię ani w kubłach, ani w kontenerach — a nawet całe ich torby. Lepiej więc zaciągnąć je w bezpieczne miejsce i oddać za niewielką kwotę. Pamiętajmy też, że cena skupu przekłada się na cenę dla klienta: jedna książka za dwa euro, dwie za pięć, pięć za dwanaście, i tak dalej, a to wszystko niezależnie od tego, co się kupuje — książkę świeżowydaną czy nie, zniszczoną czy nie, unikatową czy nie. Kiedy pierwszy raz kupowałem w REREAD, pani sama mnie namówiła, żebym dobrał jeszcze jedną, a wtedy policzy mnie za pięć, a nie dwa razy po dwie — to również, tak uważam, sposób na to, by czytelnik znalazł coś, czego by nigdy sam z siebie nie wziął. Przegrzebywanie się przez woluminy stanowi tu dodatkowy poziom rozrywki — nigdy nie wiadomo, na co się trafi, zupełnie jakby otwierało się to słynne pudełko czekoladek.
Każdy antykwariat REREAD jest wielkości co najmniej średniego Empika, a przejrzenie mniej więcej całej zawartości zajmuje mi do dwóch godzin: najpierw chodzę pod ścianą w tę i z powrotem (omijam niestety tę z pozycjami po katalońsku), wodząc wzrokiem od lewa do prawa, od góry do dołu, a potem siadam na stołek — ktoś mądry pomyślał, by postawić tam stołek! — i przesuwam go co i raz o średnio półtora metra, a potem znowu skanuję tytuły.
Ciągle się zastanawiam, jak to jest — jakiego rodzaju to magia — że choć nie szukam konkretnego tytułu, wpadają mi w ręce interesujące mnie pozycje, o których wcześniej zupełnie nie słyszałem. Książki szepczą same do czytelnika, jeśli się na nim poznają — inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.
Tego rodzaju antykwariat nigdy by się nie przyjął w Polsce. Skurwiele z vinted zwęszyliby sposób na kieszonkowe: przebraliby wszystko i wystawili na sprzedaż za wygórowane ceny.