POZOSTAŁOŚCI WIECZNEGO MIASTA

2 list z podróży do Rzymu, ferie 2026
Drogi Czytelniku,
Z woli bogów i za przyzwoleniem Senatu Ludu Rzymskiego, pragnę streścić Ci kolejny mój dzień w Rzymie, a list ów niech zostanie odczytany publicznie we wszystkich miastach i prowincjach, tak by ignorancja zwiedzających nie mogła być wymówką na nic.
Dnia drugiego niebo w Rzymie wydawało się zbuntowane, jak małe dziecko na krótko przed wybuchem złości, a ja zamierzałem poruszać się wszędzie pieszo. Do większości miejsc, które wypada zobaczyć, można udać się o własnych siłach, ale są we wschodniej części miasta, z dala od Watykanu, jak gdyby to państwo w państwie nie chciało być mieszane z tym, czym Rzym był kiedyś, z jego historią i budowlami sprzed ery chrześcijan; to by jednak przeczyło głównemu założeniu Berniniego, który zaprojektował plac św. Piotra tak, by ów zdawał się mieć rozłożone w zapraszającym geście ręce, gotowe przyjąć każdego. Tu należałoby więc zmierzyć się z pytaniem, które i ja zadaję sobie codziennie po wyjściu na ulicę — czy lepiej zwracać się w stronę Watykanu, czy odwracać się do niego plecami, zachowując wierność wobec Rzymu i podporządkowując się mos maiorum?
Udałem się wzdłuż Tybru, potem między wąskimi uliczkami ze sklepami, minąłem zalane wykopaliska (podobno, ku chwale Wiecznego Miasta, odkopywali tam najstarszy kamienny stadion z czasów cesarstwa) i tak w pół godziny doszedłem do Panteonu. Gdy patrzyłem na front mauzoleum (najlepiej stanąć za fontanną), wydawało mi się ono jak wycięte z pocztówki. Budynek nie pasował do innych wokół nie tylko ze względu na swój wiek i architekturę (to byłoby zbyt oczywiste), ale tworzył przedziwną iluzję czegoś płaskiego, jakby płótna, na którym z największą precyzją, z detalami i cieniami, namalowano starożytny budynek. W środku, tak na logikę, można by się spodziewać miejsc spoczynku zasłużonych dla cesarstwa osobistości — i może tak niegdyś było — ale dziś są tam groby Rafaela Santiego, a także włoskich królów. Może kiedyś, zanim jeden z władców podarował Panteon ówczesnemu papieżowi, czczono tam bogów i chowano cesarzy, ale dziś nie ma tam ani jednego cesarza — jedynie królowie — i ani jednego boga, mimo że to kościół. Chrześcijanie — i nie wiem, czy powiedzieć, że to najgorsze, czy uznać, że dobrze, iż obeszło się bez przelewu krwi — nie musieli go nawet przejmować siłą. Mnie pozostaje zatem jedynie wspomnieć — tyle tylko mogę — że należałoby mieć w pamięci, że to, co wokół, powstało i przetrwało dzięki trudowi legionów i mądrości Senatu, a nie kościoła ani głów jego.
Kolejne pół godziny — nawet niecałe — wystarczyło mi, by dojść do Koloseum. Przy Ołtarzu Narodowym — i końcówce terenu uznanego za Forum Romanum — trwały wykopaliska. Pracowali za zielonymi ściankami. Trwały jakieś odwierty, więc trzeba było przeciskać się wyznaczonymi, wąskimi ścieżkami; na szczęście temu, kto podróżuje w zgodzie z prawem, temu duch dawnego Imperium tarczą na wieki wieków. Po drodze kupiłem od gościa z ulicy pieczone kasztany w tytce z gazety i przeżuwałem ten ziemisty, wyjątkowo dymny smak, popijając go colą, tak by wystarczyło mi do obiadu. Na drodze prowadzącej do Koloseum samochody jeździły slalomem, mijając betonowe donice, które miały zapobiegać rozpędzaniu się, a ja co i raz przystawałem, by ogarniać wzrokiem z balkonów ruiny Forum Romanum. Niewiele zostało z dawnego miejsca spotkań — bardzo przykry to widok — i gdyby bilet do Koloseum nie obejmował Forum Romanum, człowiek rzuciłby tylko spojrzeniem tu i ówdzie i nic ponad to. Nie do pomyślenia — imperium, które zwało się wiecznym, skłoniło głowę pod ciężarem czasu! Żal wielki za serce chwyta!
Koloseum — moim zdaniem — powinni albo nadbudować z zachowaniem czci dla przodków, albo zostawić samemu sobie, tak jak dawniej, gdy porastało zielenią, stanowiąc piękny ogród, który inspirował francuskich malarzy, a także liczne grupy, które zjeżdżały się tu na spacery. Budowla wydaje się większa z zewnątrz, w środku natomiast doznaje się uczucia skurczenia, chyba przez to, że odsłonięte jest wnętrze, podziemia areny, którymi chodzili gladiatorzy i zwierzęta, by następnie móc bezpośrednio — i niespodziewanie — wyjść na środek placu. Nadpęknięte i nadkruszone ścianki, do tego odsłonięte, psuły wrażenie tego miejsca. Może niegdyś wielkość obiektu podkreślała — uwypuklała — zasiadająca wokół publiczność, a wraz z nią strach przed najgorszym (albo najlepszym, zależy). Za wjazd na szczyt płaci się dodatkowo, tak samo za wyjście na arenę, mimo że platforma na tym samym poziomie, tyle że po drugiej stronie, jest za darmo. Co dalej będzie z Koloseum? — głowiłem się, chodząc w kółko. Czyżby należało z przykrością uznać, że żadne dzieło ludzkie, choćby wsparte wolą bogów, nie mogło trwać bez miary?
W zwiedzaniu Forum Romanum — oprócz biletu w cenie za Koloseum — najbardziej pomaga wyobraźnia, do tego można wyjść z tamtego obszaru, nie idąc gromadnie tą samą ulicą, którą się tam przyszło. I znów znalazłem się przy Ołtarzu Ojczyzny, niezbyt lubianym przez Włochów ze względu na nieproporcjonalność w stosunku do innych budowli na tle Rzymu. Ale czyżby tylko dlatego im nie odpowiadał? Minąłem go wcześniej, bo miałem bilet na wyznaczoną godzinę do Koloseum, ale teraz nie mogłem odpuścić. Ołtarz jest imponujący i rzeczywiście, zwłaszcza, gdy spojrzy się na niego z daleka, odstaje jak niepasujący klocek, jakby wstawić jeden z LEGO duplo do miasta ze standardowego LEGO. Wspiąłem się na górę. Dopiero na szczycie schodów kupowało się bilety, co jest sprawiedliwym rozwiązaniem dla tych, których nie interesują eksponaty wewnątrz, a jedynie widok. Przede mną w kolejce czekała dziewczyna ze Stanów. Nie bardzo chciała powiedzieć, skąd jest, i wcale się jej nie dziwię, ale i to nie jej wina, że za oceanem jest obecnie tak, jak jest; w końcu nawet imperium rzymskie — trwając w prawie, w mowie, w pamięci i kamieniu — miało trudne dni i ostatecznie runęło. Wewnątrz Ołtarza nie ma wiele do zobaczenia — trochę gadżetów z czasów bardziej współczesnych wojen, a to dla mnie, jako dla pacyfisty, niezbyt atrakcyjne. Natomiast, żeby stanąć na dachu Ołtarza, trzeba wejść z innej strony i płaci się wtedy za samą windę. Czułem, że następnego dnia będą miał od tych schodów zakwasy, tym bardziej że wbiegłem jeszcze ot tak do bazyliki na Kapitolu.
Na obiad poszedłem do najwyżej ocenianej restauracji w okolicy, gdzie jedzenie jest proste w formie, ale godne w treści — i na taki sam pomysł wpadła grupa trzydziestu Hiszpanów, którzy zajęli stoliki na moment przede mną. Przynajmniej wśród nich czułem się bardziej jak u siebie, ciesząc się pizzą i tym, że udało mi się dobrać odpowiednią dawkę laktazy w pigułkach. Taka pizza wystarczy, by zachować siłę ciała i ducha, jeśli spożywa się ją oczywiście z umiarem oliwy. Jej nadmiar bowiem osłabia umysł, a ciężki brzuch nie rodzi mądrych myśli ani nie pozwala równie krzepkim krokiem, co wcześniej, przemierzać kolejnych dzielnic, a jeszcze trochę czekało mnie do przejścia.
Kolejnym punktem mojej przechadzki po upadłym imperium była Fontanna Di Trevi. Była to ostatnia szansa, by stanąć przy niej bez uiszczenia na bramkach opłaty w postaci dwóch euro za głowę. Odwiedzający i tak wrzucają do niej cztery miliony euro rocznie, więc teraz należałoby się zastanowić nad tym, czy po tym, jak zostanie wprowadzona opłata, nadal będą rzucać moneta przez lewe ramię? Czy nastanie raczej koniec owej tradycji? Będzie lepiej czy gorzej? A może fontanna, wbrew powszechnemu wyobrażeniu, nie zalicza się po prostu do najszczęśliwszych? Od zawsze bowiem zmagała się z problemami finansowymi. W XVII wieku — i to w kościele, rozumiesz, Drogi Czytelniku? W kościele, w którym przesyt jest przecież oznaką władzy — zabrakło środków na jej przebudowę według projektu Berniniego.
Później udałem się drogą wodną. Wodną, ale po lądzie. Skierowałem się bowiem do następnej fontanny — ta akurat jest według projektu Berniniego, ale nie tego Berniniego, tylko jego ojca — zasilanej tym samym akweduktem, wybudowanym, kiedy Wieczne Miasto przeżywało swe najlepsze dni, pławiąc się w chwale. Oznacza to, że zawędrowałem — już wieczorem — pod schody hiszpańskie. Oczywiście wbiegłem na górę i zliczyłem na tle nocnego miasta tyle kopuł kościołów, ile mogłem. Na koniec wróciłem najbogatszą ulicą w stronę Watykanu, a późnym wieczorem odkryłem, że inny Hiszpan nie wylogował się z Disneya, więc do północy oglądałem Breslau.
Teraz kończę pisać. Nadchodzi czas snu. Mam nadzieję, że zasnę niedługo w cieniu murów Watykanu, topiąc się w nadziei, że dni przyszłe zbudują więcej, niźli stare zburzyły. Nadzieja, Drogi Czytelniku, jest ostatnim i najtrwalszym dziedzictwem.
Emilian,
syn Cezarego, w poprzednim życiu skryba na dworze rzymskim, dziś błędny rycerz z Polski