fikcja maciejowa

Fikcja maciejowa — historia wymyślona na potrzeby gry, w którą wspólnie graliśmy; wydawała mi się ryjąca banię, więc ją spisałem:
Zaczęło się od głowy w chmurach. Leon zobaczył w niej twarz Jezusa, taką, jaka czasem objawia się w sękach ściętych drzew albo na przypalonych pitach do kebaba. Potem swoje życie poświęcił sile wyższej — Bogu. Poszedł na teologię, skończył ją, zrobił święcenia. Pracował w jednym z małopolskich kościołów, przesiedział w nim wiele lat i z czasem stał się niewierzący, dlatego właśnie „pracował”, traktując swój „zawód” jak każdy inny — odprawiał msze, spowiadał, chodził na kolędę, a Biblię rymował wers w wers, myśl w myśl, bumtarara, ale robił to wszystko robotycznie, niewiele przy tym myśląc, mimo iż niektórym się wydawało, że wkłada w to całe serce swe i myśl swoją. Zapewne żyły w nim stare przyzwyczajenia, wtedy jeszcze podszyte szczerymi emocjami, z czasów, gdy kapłaństwo traktował jak powołanie, a wiernych jak zbłąkane owce, którym trzeba wskazać drogę, jedyną słuszną — drogę do Boga.
Wiedział, że nie tak łatwo będzie mu się przebranżowić. Ksiądz, który porzuca kapłaństwo, jest w oczach społeczeństwa kimś zakłamanym, niewiele wartym tego świata, do tego lata młodości poświęcił bogu, marnując swój potencjał i talenty, a jedyne, co zyskał, to możliwość zwiedzenia świata, kiedy wysyłali go na misje do Ameryki Południowej, zazwyczaj do Paragwaju lub Argentyny. Nosił wtedy jednak na barkach tego skurwiela, który wydawał mu się bogiem, a w rzeczywistości był nim, Leonem, który szeptał mu do ucha, że i tak czeka go piekło, co by nie robił, i rozbudził w nim bezpodstawne, iluzoryczne poczucie winy, takie samo, z jakim żyją mocno wierzący katolicy, przez co ciężko mu nawet było nauczyć się hiszpańskiego i kiedy zwracał się do parafian w obcym języku, to oni się odwracali, a potem dalej jeździli samochodami środkiem ulic, dalej ćpali mak i żuli liście koki, listonosze dalej kradli, a handlarze złota dalej handlowali tombakiem, natomiast handlarze dziećmi dalej handlowali dziećmi, a młodzi dalej byli młodzi i nadal chowali się po kiblach w chwilach uniesienia.
Kiedy Leon wracał do Polski, gdzie młodzi mężczyźni dbali o paznokcie, a średnia krajowa pozostawała bez zmian, mówił sobie, że tak nie może być. Nie wiedział, jak długo tak wytrzyma, i zaczęła nim kierować chęć szybkiego zysku. Wbrew pozorom w kościele nie jest tak łatwo go zdobyć, nawet jeśli ludzie, którzy przynoszą mu na rękach swe grzechy, są podatni na manipulacje i skłonni są płacić za przebaczenie, oby tylko nadal przypominać ludzi w oczach Najwyższego.
Pewnego dnia przyszedł do niego do spowiedzi kibic Cracovii — ksywa Baton. Podobno uciął kiedyś innemu dłoń tasakiem i to samo zamierzał uczynić jeszcze innemu, ale ze stopą, bo bez ręki można jeszcze uciec, ale bez stopy już nie. Ksiądz Leon szybko się zorientował, kim jest ten człowiek, a od niego dowiedział się, że takich mu podobnych jest więcej i częściej, niż mogłoby się wydawać, chodzili do niego na mszę (nie tylko w niedzielę), tym bardziej, że wiedzieli, iż Leon już nie takich skurwieli obsługiwał w krajach latynoskich, więc nie ma się czego wstydzić, tylko należy błagać o przebaczenie. Jak się zorientował, wielu kibiców było religijnych, nosili krzyże, mieli je wytatuowane na piersi i plecach, na karkach i nadgarstkach.
Po spowiedzi, czując żal, że ktoś taki jak Baton stąpa po ziemi, robiąc innym krzywdę, zaprosił go na zakrystię, bardzo małą, wielkości standardowego pokoju w bloku. W Ameryce by sobie z takim łbem nie poradził, nawet nie chciałby z takim zaczynać, ale u siebie, na ziemi polskiej? Leon chciał, żeby przynajmniej tu zapanował spokój, żeby krowy się cieliły jak nigdy, psy nie chorowały na wściekliznę, a matki z dziećmi w wózkach nie musiały dźwigać maczet za każdy razem, jak wychodzą z domu na spacer.
Gdy Baton więc stał na zakrystii, ksiądz Leon poszedł do przeszklonej gabloty, w której trzymał kwiat — brugmansię. Wyjął wazon — wszystko to robił na wstrzymanych oddechu — i kazał go potrzymać grzesznikowi, a sam gdzieś odszedł. Duże, zwisające, piękne kwiaty w kształcie trąbek, zazwyczaj białe, żółte lub różowe, dyndały w wazonie, no a Baton tak stał i czekał. W tradycjach amazońskich kwiat ów był używany w rytuałach szamańskich, ale w kontrolowanych warunkach. Zapach jego powodował bowiem nudności, wymioty, ale też halucynacje, za to w przypadku spożycia — nawet śmierć. Ksiądz Leon codziennie rano po wypiciu kawy zjadał malutki listek brugmansii, nie większy niż paznokieć małego palca u stopy, tak by się uodpornić na jego właściwości, tak jak niegdyś robili to ludzie, którzy jedli mak, chcąc wyrobić sobie tolerancję na działanie opioidowe.
Baton padł, zresztą nie on ostatni, a wówczas ksiądz Leon wepchnął mu do buzi kilka listków brugmansji. Chłop zamienił się w trupa, a ciało jego zostało sprzedane kibolom Wisły Kraków, która wykorzystała je do tego, by rozwiesić je po lesie, ku przestrodze kibicom Cracovii, tak jak dawniej robili to Wikingowie, robiąc z chłopa orła, rozcinając mu płaty skóry na plecach, które miały przypominać skrzydła.
Ksiądz Leon zrozumiał, że zła nie zwalcza się dobrem, tylko zło zwalcza się większym złem — że na jednego skurwiela musi przypadać większy skurwiel (albo przynajmniej dwóch mniejszych). Od tamtej pory Leon wiedział — był o tym święcie przekonany, jak nigdy — że nie ma sensu rozmawiać z kimś, kogo miejsce zajął on sam. Odzyskał spokój ducha i nauczył się w końcu hiszpańskiego. Pewnego razu jednak zasnął pod brugmansią i śniło mu się, że to Bóg trzyma wazon, a on sam jest tylko kwiatem, którego pożera ktoś nieznajomy.