BYŁ CHŁOP, NIE MA CHŁOPA

List 7, Stavanger -> wyprawa -> Kristiansand
Mamo,
Na budowę do Dominika szliśmy ledwie pięć minut, z Moniką na przodzie, szybkim, zdecydowanym krokiem, i z Michałem z tyłu, który wrócił się po coś do mieszkania. Już od rana człowiek się lepił, koszulka przylegała do pleców, ale gdybyśmy dzień zaczynali później, to z czasem — w miarę, jak dzień by rozkwitał — byłoby tylko gorzej.
Dominik wyszedł do nas się przywitać, ubrany już w strój robotnika, z pomarańczowym kaskiem na głowie, i pogadał chwilę z Moniką, a na koniec — bezpośrednio do nas, do mnie i do Maćka — powiedział, że lubi whisky. Czasem trzeba się sztucznie zaśmiać, wtedy tak zrobiłem, a kto mnie zna, tym bardziej rozumie dlaczego.
— Monika, nie na teraz są takie rozmowy, z samego rana, jak musimy się spieszyć — powiedział Michał, gdy zajął miejsca pasażera i zatrzasnął drzwi.
— Dobra, trzeba było chwilę zagadać — odparła Monika, uruchamiając silnik.
Ruszyliśmy w trasę, ja po środku, a Maciek za mną. Jechaliśmy czterdzieści minut, z czego dwadzieścia tunelem — na podstawie rejestracji, którą skanują kamery, naliczają się opłaty za przejazd i można zapłacić w apce dla kierowców — po środku którego pewien odcinek rozświetlała zmieniająca kolory instalacja artystyczna.
— Zawsze, jak tu przejeżdżam, to świeci na żółto — powiedział Michał. — Jest podobno niebieski, ale nigdy nie widziałem.
Michał wszedł już na Preikastolen osiem razy. Byłem pełen podziwu, że potrafi się tak poświęcić dla gości. Znowu, dla tej samej atrakcji. Za każdym razem, gdy ktoś go odwiedza, chce się tam wybrać, ale i za każdym razem, mówił Michał, trasa wydaje mu się krótsza, więc to coraz mniejszy problem, a poza tym nigdy nie był na szczycie wspólnie ze swoją ukochaną, więc cyknę im tam fotkę.
Nie spodziewałem się, że o tej porze będzie tyle ludzi. Że na parkingu będą czekać ostatnie wolne miejsca. Gdyby zabrakło dla kogoś miejsca, musiałby się cofnąć o całe kilometry, na wcześniejsze place, a potem ów dystans nadrobić z buta. Coś niewyobrażalnego, tym bardziej dla mnie, po niemal tygodniu bezdomności i z obolałymi stawami.
Nastawiłem się, że będzie przynajmniej dwa razy gorzej, niż rzeczywiście było. Momentami jednak szedłem na czterech łapach, ale to dlatego, że od dwóch dni męczyłem się ze spuchniętym kolanem, obciążyłem je od wspinania się z załadowanym po brzegi plecakiem, ale zawodziła też moja genetyka — mam wiele kontuzji, miejsc, w których mieszka ból, który muszę na co dzień ignorować.
— Tam zrobili lotnisko dla helikopterów — Michał pokazał ręką — bo niektórzy tu nie dają rady, jakieś stare Japończyki, którzy na emeryturce chcą przemierzać świat.
Właśnie, trzeba zwiedzać świat za młodu, tym bardziej, że już w tym wieku szwankują mi stawy. Wiedziałem, że będę się wlókł z tyłu, tym bardziej, że chłopaki mają dwa razy dłuższe nogi, ale dawałem z siebie, ile mogłem.
— Nigdzie indziej nie da się poczuć takiej… monumentalności — stwierdził Maciek, zatrzymawszy się na skałce, gdzie na dole rozciągały się zielone przepaście. — Patrząc na te wszystkie ogromne skały, problemy przyziemne wydają się błahe. Jak ukąszenie komara — rzucił porównaniem, a potem dodał, że jak będę to opisywał, muszę wymyślić inne porównanie, bo słabo brzmi, ale po co miałbym je zmieniać, skoro ja opisuję tu życie takim, jakie rzeczywiście jest? A więc tak, Maciek porównał błahość codziennych problemów do ugryzienia komara.
Monika znalazła po drodze jakiś telefon. Zastanawialiśmy się, czy wziąć go ze sobą, czy odłożyć gdzieś na kamień, gdyby ktoś zdecydował się po niego wrócić. Po wyświetlaczu dało się stwierdzić, że należał do Niemców, ale to tyle. Do Niemców? To wypierdol go. Ha, ha. Ostatecznie go zabraliśmy i ruszyliśmy dalej.
Zastanawiałem się, kim są te osoby, które schodzą z góry o 7:00 rano, podczas gdy ja dopiero zaczynam. O której musieli tu przyjechać? O 4:00 w nocy? Możliwe, ale tu nie ma wtedy nocy, więc to chyba nie takie głupie, jeśli da się spać o każdej porze doby (żeby nie powiedzieć dnia).
— Szukacie telefonu? — zagaiła Monika do skonfundowanych Niemców.
Próbowali na swój sposób wyjaśnić, że tak, więc go im oddała.
Po szlaku kręcili się policjanci, a ja myślałem, że to najgorsza fucha, jaką mogą dostać w swoim zawodzie, ale widać było, że się przyzwyczaili, bo się nie wspinali, tylko sobie spacerowali, i to wcale nie najwolniejszym krokiem.
— O, idzie mój człowiek — mówił Michał, kiedy się odwracał, by sprawdzić, czy trzymam tempo.
Gdy jednak droga robił się stroma, a kamienie robiły za gigantyczne schody, wspinałem się na czworaka, a Monika na to:
— Zobaczcie, ha, ha, pantera idzie.
Ostatecznie wspiąłem się na ten pieprzony Preikastolen. Na sam kraniec, żeby zrobić sobie zdjęcie, czekała długa kolejka, ale w miarę sprawnie się poruszała. Fotki, które zrobili mi Maciek i Michał, robią wrażenie. Michał wiedział, gdzie się ustawić, żeby cyknąć odpowiednie zdjęcie, jak do magazynu podróżniczego, a ja do tego zdjąłem z szyi łańcuch z pierścieniem i wyciągnąłem rękę przed siebie.
Gdy usiedliśmy coś zjeść — parówki w bułkach do hot-dogów posmarowanych pesto — zapytałem Michała, czy niekiedy ktoś tu spada.
— Tak, co i raz, selekcja naturalna — odparł.
— Chyba nie do końca, wcale nie tak trudno stamtąd spaść — oceniłem po tym, jak doczołgałem się na samą krawędź. Dosłownie. Nie odważyłbym się tam podejść nawet na czworaka, a w drodze na szczyt nie zainstalowali żadnych barierek, więc niekoniecznie ktoś musi spadać akurat z tej platformy. Leżąc na płycie, ze wzrokiem spuszczonym w przepaść, czuje się pustkę, która wypełnia ciało. To jest to spojrzenie, od którego łapie paraliż. Człowiek robi się nagi, ale w środku. Znikają organy, żyły, krew. Zostaje tylko skorupka w postaci skóry na ciele.
— Poza tym, może zepchnąć cię stamtąd jakiś wariat — dodałem.
— Ale to też jest pewien rodzaj selekcji, bo jak nie zauważyłeś wariata, to znaczy, że jesteś słabszy od innych — skomentował Maciek.
Schodzenie nie okazało się wcale łatwiejsze, a nawet wydawało się dłuższe i ciągle się zastanawiałem, na której nodze się opierać, dając krok w dół.
Na koniec szlaku Maciek zboczył po magnesy i nie mogliśmy się znaleźć, bo jest tam więcej niż jeden parking, a zasięgu brak i ciągle przerywa. Czekaliśmy na niego, jedząc lody w gofrach z budki — ja nie, żeby mnie laktoza dupy nie rozerwała.
— Michał, jak ty potem czyścisz tę brodę? — chciałem wiedzieć.
— Wyschnie sama i się wykruszy.
Mieliśmy problem, żeby opłacić parking i nie mogliśmy się doszukać, w czym leży problem, ale ostatecznie się udało.
— Ej, niebieskie! — krzyknęła Monika, gdy przejeżdżaliśmy z powrotem przez tunel, lekko przysypiając na siedzeniach z tyłu.
Zatankowaliśmy auto — za 270 koron, czyli idealnie — i zwróciliśmy je na budowę. Michał poczęstował nas w domu obiadem. Zdecydowaliśmy nie zostawać u niego dłużej. Musieliśmy dziś dojechać do Kristiansand, żeby potem nie spieszyć się na lotnisko pod Oslo.
— Ej, wiecie co — zaczęła nagle Monika. — Zamknęli właśnie Preikastolen.
— Bo?
— Bo właśnie jakiś chłop stamtąd spadł. Piszą o tym w Necie.
— To akurat się wyrobiliśmy.
Na dworcu męczyliśmy się z kupnem biletów z automatu. Nie przyjmowało płatności, ale na szczęście była też recepcja z człowiekiem po drugiej stronie lady. Niestety musieliśmy kupić klasę premium, nie było innych biletów, a ta klasa niewiele się różni od tych z innych wagonów. Siedzenia są te same, okna te same, kible też. Ale Maciek nadrobił tę cenę, biorąc nieskończone ilości orzeszków, herbat, czekolad i zrobił mi nawet kakao. Przyjemnie się jechało, nie trzęsło ani nie było zakrętów, w przeciwieństwie do jazdy autobusem, ale w końcu to już południe kraju, mniej zróżnicowane geograficznie, niby też nieformalna stolica południa.
Usiedliśmy na dworcu autobusowym, żeby znaleźć środek transportu na jutro. Co innego pokazywały mapy, a co innego automaty do sprzedaży biletów. Ruszyliśmy przez centrum, tak by mniej więcej wyjść z miasta i znaleźć miejsce na dziki nocleg.
Po mieście nie kręciło się zbyt wiele ludzi, tak naprawdę można powiedzieć, że nikt, bardzo nieliczne, pojedyncze osoby. Ulice Kristiansand mają w sobie coś z prowincjonalnej uporządkowanej elegancji. Są szerokie, przecinają się pod kątem prostym, jak na siatce, a domy w pastelowych kolorach stoją równo.
— Myślisz, że dałoby rade spotkać tu Karla Ove? — zapytałem. — Może przyjechał do kogoś w odwiedziny.
— A myślisz, że kupował kiedyś garnitury w tym sklepie? — Pokazał palcem na witrynę.
— Myślę, że w tamtych latach mogło tego sklepu tu nie być.
Maciek wyznaczył na mapach jakąś połać zielonego terenu — za mostem, po drugiej stronie miasta — i w tamtym kierunku zmierzaliśmy, w stronę rzeki, gdzie spokojnie kołysały się łódki.
— Maciek, wiesz co, ja zaraz kogoś zapytam, gdzie by tu można przenocować…
— Ale kogo? Jeszcze cię podpieprzą, że chcesz być tu bezdomnym.
— Miejscowego, jakiegoś spoko gościa.
— Ale tu nikogo nie ma.
— Zaraz znajdę.
Spotkaliśmy dwóch łebków pod mostem. Siedzieli i jarali. Jeden biały, prawdziwy Norweg, a drugi śniady, prawdziwy imigrant sprzed lat, już zasymilowany.
— Skąd jedziecie? — zapytał Norweg, robiąc błąd gramatyczny, przez który nie rozumiałem, czy pyta, skąd tu jedziemy, czyli w jakiej miejscowości byliśmy poprzednio, czy skąd jesteśmy, więc dopytałem, czy ma na myśli kraj pochodzenia.
— Z Polski — odpowiedziałem.
— Ja też jestem z Polski!
Zjarany Norweg okazał się Polakiem i miał na imię Damian.
— Ja pieprzę, jak to możliwe?! — zawołałem.
Maciek aż złapał się za głowę.
— Co wy tu robicie? — zapytał Damian.
— Podróżujemy, a teraz szukamy jakiegoś miejsca na nocleg, na dziko, możesz coś podpowiedzieć? Myśleliśmy, żeby szukać po tamtej stronie.
— A to nie wiem, nie znam tamtej strony.
Maciek dał mapę Damianowi i łebek pokazał nam, dokąd powinniśmy się udać.
— Tu nikt się nie przypieprzy, czasem tam śpią inni — powiedział. — Na tym półwyspie.
— Na pewno? — dopytałem. — Chyba że macie jakąś działkę albo ogródek, żeby nas zabrać.
— Nieee, z tym mogłoby być ciężko.
— Od dawna tu mieszkasz, Damian?
— Przeprowadziłem się tu, jak miałem cztery lata.
Jego życie rozgrywało się tutaj prawie od urodzenia, mówił po norwesku, ale i po polsku, bo porozumiewał się w ojczystym języku w domu z rodzicami. Potykał się tylko na pojedynczych słowach, a raz zwrócił się do nas po norwesku, mówiąc, że sorry, to przez to, że jest trochę zjarany. Miał 21 lat, pracował na łódkach i zastanawiał się, czy wrócić do szkoły, żeby móc dalej pracować na tych łódkach, ale za lepsze pieniądze.
— Dzięki, Damian.
— Spoko.
Zbiliśmy piątkę z nim i z jego kolegą.
— Dzięki raz jeszcze, powodzenia, a i nie pal tego gówna, to do niczego w życiu niepotrzebne — powiedziałem i udaliśmy się na most, schodkami na górę.
Przeszliśmy na drugą stronę, gdzie w końcu spotkaliśmy prawdziwego Norwega — umięśniony, szeroka szczęka i bez koszulki — który odpoczywał na schodku po jeździe na rowerze.
Zagadałem do niego, żeby zapytać o to samo, a on pokazał nawet lepsze miejsce, jedno nawet z toaletą za friko, tylko powiedział, że może nie być tam papieru, ale jak mamy, to będzie luks.
— Ej, zajebiście, że tak podróżujecie — skomentował. — A jak mocno chce wam się srać, tu obok zamówcie sobie coś do picia i po prostu wyjdźcie, jak się załatwicie.
Opowiedziałem mu trochę o naszych przygodach, walnął piwko na schodkach i pojechał na rowerze do domu.
Szliśmy na to kąpielisko z pół godziny, przez nowobogackie osiedle małych domków. Nie wiadomo było tak naprawdę, czy można się tam legalnie rozbić, zaraz obok ciągnął się przez las szlak, a za płotem pole namiotowe, więc nic fajnego by to nie było, gdyby właściciel biznesu obok na tym tracił.
Zagadaliśmy do kilku osób, do jednej, jak się okazało, Francuzki, nieco zlęknionej, ale powiedziała, że tu można spać, że widziała, jak inni tu nocują, a potem do jednej Norweżki z rodziną, z dzieciakami, z których jeden miał zespół Downa i na koniec powiedział do mnie:
— Ej, to moja mama!
— Wiem, byku — odparłem i zbiliśmy sobie pionę, jak prawdziwi kumple.
Usiedliśmy nad brzegiem. Przyszedł do nas kot, łasił się, więc go wziąłem na ręce i trochę z nim tak posiedziałem, patrząc, jak inni na kąpielisku skaczą do wody z około dziesięciometrowych wież.
Zaczęliśmy rozstawiać namiot, gdy lekko poszerzało. Wcisnęliśmy się w krzaki. Po przykryciu ich tropikiem, nocą wyglądały jak kamienie. Ciężko w glebę wchodziły śledzie i po ułożeniu się w środku uwierały szyszki, akurat te, których nie wybraliśmy, przygotowując podłoże. A później namiot się na mnie zawalił. I tak leżałem aż do rana, nie mając siły tego naprawić, ale jakoś to przetrwałem, pierwszy raz śpiąc na ulicy w środku miasta.
E.W.