Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

NOWY DZIEŃ, NOWY WARIAT

Nasze wieczorne kąpielisko w Bergen

List z podróży 2, Bergen

Mamo,

Pytasz, czy żyjemy — tak, ale lepiej zapytaj, jak się czujemy. Otóż paradoks nocowania w namiocie, przynajmniej tej „nocy”, polegał na tym, że choć pogoda była idealna — zaznaczam, że nie padało — to tak naprawdę padało, szczególnie na Maćka.

Po obudzeniu się wypalił:

— Oddam go w pizdu do militariów, napiszę im komentarz i zwrócę go na reklamację, bo są na to dwa lata, a namiot, kurwa, nie spełnia swoich funkcji.

Nagrał, że kapie mu na głowę.

— Patrzcie, to jest wasz namiot — narzekał, sunąc telefonem wzdłuż i wszerz. — To wszystko poranna rosa. Według specyfikacji wasz produkt jest w stanie przyjąć 3000 mm słupa wody, a tutaj jakaś norweska rosa go pokonała. Żałosne.

Maciek w nocy wychodził na siku, a jak wrócił, zawadził o ściankę łopatkami i miał całe plecy mokre. Musiał tak spać do rana, co — jak sobie wyobrażam — nie zaliczało się do rzeczy przyjemnych.

— A tego faceta, co napisał w komentarzu na militariach, że ten namiot „robi robotę w niesprzyjających warunkach deszczowych”… to jakbym go spotkał, to bym mu nogi z dupy powyrywał — podsumował, twierdząc potem, że przez to wszystko zaczyna go brać przeziębienie.

— Niestety — dodałem. — Namiot z wyższej półki cenowej kosztuje już 1500 zł, może zainwestujemy na następny raz.

Jak tylko się przebudziliśmy, Mariusz wyjrzał z okienka w kuchni, jakby czekał, aż wstaniemy.

— Jak tam chłopaki? — krzyknął.

— Pływaliśmy do późna — wystękałem.

— Przecież was nie poganiam, haha.

Zaczęliśmy się ogarniać. Maciek poszedł do kuchni zrobić herbatę i sobie kanapki na cały dzień, a ja w tym czasie zjadłem tzw. szkolny chleb (dosłowne tłumaczenie, to po prostu bułka z budyniem) na trawniku.

Gospodarz opowiadał mu przy tym, że Norki są debilami, że tutaj ojciec potrafi zgłosić na policję syna, bo ten zrobił coś nielegalnego, a jak ojciec nie chce córce kupić najnowszego iPhone’a, to dziewczyna powie w szkole, że ją podgląda w trakcie kąpieli i się za niego wezmą, a wtedy nie będzie miał wyboru.

Jeśli to prawda, to nawet dla mnie to już trochę za dużo.

— Norki są debilami — podtrzymywał. — Bo jak się coś zepsuje, to oni od razu chcą dzwonić do jakiejś firmy, do fachowców, żeby to naprawić. A jak ostatnio jechałem windą, w której pękła uszczelka, to ją zerwałem, poprawiłem kable i związałem je nitką od skarpetki. Do tej pory wszystko działa. A oni już chcieli wzywać nie wiadomo kogo!

Potem skomentowałem to do Maćka tak: Widzisz, a w Polsce właśnie mamy tak, że wszystko jest zrobione na nitkę. Jak myślisz, jak jest lepiej?

Kreśląc palcem kształt góry za oknem, Mariusz zaznaczył, że możemy się tam wybrać. Kiedyś ruszył tą trasą z Jeżykiem, szli z pięć godzin, ale ja wolałem odpuścić, gdyż ostatnio dopadło mnie lumbago i potrzebowałem jeszcze dnia na regenerację pleców.

Zostając myślami w bergeńskich górach, opowiadał, że przyjechali tu kiedyś bodajże Szerpowie, żeby kłaść na szlakach schodki. Zarobili tyle, co za dziesięć lat pracy w swoim kraju, w Indiach albo Nepalu.

— Ciekawy motyw — skomentował Maciek. — Siedzisz w jakiejś wiosce i wpadają jasnowłose Norki, po czym chcą ci dać tyle kasy za coś, co i tak robisz na co dzień, tyle że muszą cię zabrać do jakiegoś miejsca, o którym w życiu nie słyszałeś.

Ruszyliśmy do centrum z buta, przynajmniej ten jeden raz, tak by po drodze zrobić fotki. Maszerowaliśmy z godzinę, droga jeszcze do przeżycia.

Mamo, Bryggen to seria kolorowych domków kupieckich, w których głównie sprzedają pamiątki i inne akcesoria dla turystów. (Coś dla Was kupiłem, ale to drobiazgi — pamiętaj, że nie możemy zbyt dużo dźwigać, nosimy na plecach cały dobytek). To bardzo urokliwe miejsce, to świadectwo hanzeatyckiej przeszłości miasta. Wysokie, drewniane budynki stoją ciasno jeden przy drugim, tworząc barwny szereg skierowany frontem do portu. Ich fasady, pomalowane na odcienie czerwieni, ochry, bieli i brązu, skrywają wąskie przejścia i kręte schodki. Są dość przestronne i mają po kilka pięter. Słuchając, jak skrzypią, dało się wyczuć, że opowiadają historię sprzed wielu setek lat.

Na targu rybnym sprzedawali wszystko, co da się wyłowić. Kupiliśmy kanapkę z łososiem — w przeliczeniu kosztowała 60 zł. Łosoś jest drogi — zawsze tak mówisz. Ale tu wszystko jest drogie, więc to bez znaczenia. Postanowiłem, że gdy będziemy się tędy snuć w drodze powrotnej, wezmę zupę rybną.

— Czytałem, że kościół St. Paul Kirke nie robi wrażenia, a wewnątrz to już w ogóle, ale jest podawany jako atrakcja w Bergen — podzielił się Maciek.

— Musimy to sprawdzić.

Nie sprawdziliśmy — był zamknięty.

Zawitaliśmy do sklepu sportowego, żeby kupić tropik na namiot za 400 koron. Do przeżycia. Musieliśmy obliczyć z pitagorasa, czy ta płachta obejmie nasze namioty i… według obliczeń — tak. A potem zaszliśmy na cypel do oceanarium (mówią na to akwarium, ale mniejsza) a po drodze — w jednej z budek ciągnących się przez wesołe miasteczko — wziąłem smażone na głębokim tłuszczu krewetki.

Mamo, na wejściu są pingwiny. Ale jakie! I jak blisko! Biorą prysznic, opalają się na skałkach albo skaczą do wody. Akurat kręcili o nich program. Ich pan rzucił im piłkę, a one na moich oczach zaczęły grać mecz! Podawały ją sobie, pod wodą, nad wodą. Po prostu istny mecz waterpolo w wykonaniu pingwinów!

— Ale mają tu świetnie — skomentowałem.

— Przykra sprawa raczej — rzucił Maciek.

Rozumiałem go, ale mówiąc to, miałem na myśli to, jak się bawią i cieszą swoim towarzystwem.

Od tego słońca Maciek przysnął na kanapie w oceanarium, a gdy się obudził, powiedział:

— Teraz mogę zjeść banana.

— A wcześniej nie mogłeś? — dopytałem.

Spał ze dwadzieścia minut. Dobiło go szukanie koników morskich. Chciał być jak one — nie ruszać się przez większość życia, a jedynie bytować z lekkością ruchów wody.

— Ej, już wiem, Milo, kogo mi przypominasz — rzucił.

— Kogo?

— Takiego typa, Frankiego Lapennę, zobacz.

Pokazał mi jego zdjęcia.

— Rzeczywiście — przyznałem mu rację.

— Gość chce zrobić chyba wszystko w życiu.

— To trochę jak ja.

— I ma nawet takie koszulki. Z wąsem. Zobacz.

Jakoś mnie to rozśmieszyło. Maciek mówił „z wąsem”, jakby uznawał go za oddzielny byt, aż wyobraziłem sobie, że Frank Lapenna sprzedaje T-shirty, do których w miejscu sutków jest przyklejony wielki wąs. Może takie schodziłyby mu jeszcze lepiej?

Wstałem z kanapy, a Maciek dalej siedział.

— Zobacz, ja już wstałem, z wąsem, więc miałem ciężej, a ty nadal się nie podniosłeś.

Maciek zjadł batona i oznajmił, że jest prawie gotowy.

— Dlaczego prawie?

— Bo jeszcze trochę — odparł i przymknął oczy.

Mamo, dowiedziałem się, że Norwegowie nie potrafią liczyć wydr. Podobno w ciągu ostatnich piętnastu lat, choć kraj ten słynie z tych pociesznych zwierzątek, ich populacja zmalała o 75%, a mimo to ciągle się je spotyka, więc tak naprawdę to jedynie założenia wypychaczy zwierząt (taxidermists). Gdy podczas łowienia złowi się wydrę, trzeba to zgłosić norweskiemu instytutowi badań nad naturą (NINA), tak samo każdą rozjechaną i napotkaną w dziczy na skałce.

Na wyjściu przysiadłem do foki. Podpływała do szyby i patrzyła mi głęboko w oczy.

— To niesamowite — powiedziałem.

— Prosi cię o litość.

— Może i tak. — Chociaż mówiąc to, miałem na myśli tę magię kontaktu wzrokowego, tę nić porozumienia między człowiekiem a psem wodnym.

Opuściliśmy to miejsce, słysząc za plecami wołanie foki.

— Po przeczytaniu „Życia Pi” nie każdy jest przeciwnikiem takich miejsc — zaznaczyłem. — Czytałeś?

— Nie.

Maciek bawi się w szukanie, znajdowanie i podkładanie kamieni, na których są kolorowe malunki, a potem zaznacza je na apce. Zostawił przy akwarium kamyk z ośmiornicą i ruszył do parku szukać jakiegoś z Bergen, ale okazało się, że zaginął — i to też musiał udokumentować i zaznaczyć na apce! Do cholery — że on targał taki kawał jakiś kamień z Polski.

Poszliśmy na jedzenie (w Norwegii nie bardzo jest co jeść, może jedynie ryby, ale ile można?), potem do ogrodu dendrologicznego uniwersytetu. W porównaniu z parkiem botanicznym w Krakowie, również należącym do uniwersytetu i opartym na podobnej idei, jest dziesięć razy mniejszy i tym samym jest dziesięć razy mniej rzeczy do zobaczenia. W oddali grała muzyka na żywo, która okazała się…

— Po prostu mają dobre nagłośnienie — rozczarował się Maciek, przyglądając się czarnoskórym dzieciom, które biegały po trawce ogrodu.

Wracając do centrum, w stronę Lille Lungegårdsvannet, Maciek zaproponował:

— A może dziś dyskoteka?

— Co?

— Może by tak do klubu?

— A jaki jest tego sens?

— Można potańczyć.

— Wszędzie można potańczyć. Masz już dziewczynę, po co ci kluby?

Nigdy nie rozumiem clubbingu, a tym bardziej, kiedy ma się dziewczynę.

Przy Lille Lungegårdsvannet kupiliśmy od jakiegoś ulicznika brytyjski fudge. Wydaliśmy na to pięć dych, a to zaledwie kilka kawałków, które wyglądają zachęcająco, a są obrzydliwe. Żeby to zjeść, spoczęliśmy nad stawem.

— Nigdy więcej — wyraził swoją opinię Maciek.

— Nigdy więcej — zgodziłem się.

Podbiegł do nas typo dziwnego pochodzenia, z karnacji ciemnawy, i oczywiście do nas zagadał. Maciek zaczął stosować technikę — tę, którą mu sprzedałem pierwszego dnia — polegającą na tym, by zachowywać się w takich sytuacjach dziwniej niż inni. Zaczął klepać się zewnętrzną częścią dłoni po szyi, przeciągał nią po karku, aż sam od tego zgłupiałem.

Drugi dzień, drugi wariat.

Nie odpowiadaliśmy na jego słowa, chyba po norwesku, więc Maciek odezwał się do niego po angielsku i tym samym zmienił ustawienia fabryczne wariata.

— To dobry pomysł, żeby tu wskoczyć? — pytał naćpany szajbus, stojąc po kostki w zimnej wodzie stawu.

Maciek mu powiedział, że tak, i udał, że kładzie się spać. Szajbus w tym czasie wypłynął na środek stawu. Cały czas darł mordę, wciąż po angielsku, ale tak, że słyszeli go aż przy bergeńskich silosach.

Musieliśmy stamtąd spieprzać, bo gość utknął na fontannie i krzyczał bez przerwy, z dwadzieścia minut, że woda jest zimna, taka zimna!

— Dziewczyny, idziecie z nami? — zagadał Maciek do dwóch Polek, tak z dobroci serca, by się nie bały w obecności czuba, mimo że od początku siedziały obok nas, w odległości może dziesięciu metrów.

— O cześć — odpowiedziała jedna. — Eee, nie, haha.

— Maciek, po co ci one?

— Może czuły się nieswojo z tym wariatem.

— A, no to widzisz, wolą zostać z przećpanym szajbusem, poza tym jest teraz na środku fontanny. Dawaj do sklepu.

Zawyły policyjne koguty.

— Myślisz, że to po niego? — zapytałem.

— Zobaczymy.

Kupiłem sobie loda i wróciliśmy na ławkę.

— Maciek, to po niego, zobacz. Przyjechali go wyłowić. Musimy stąd chyba odejść, bo jeszcze pokaże nas palcem i powie, że ty jesteś prowodyrem całego zamieszania, że go do tego sprowokowałeś.

Ale zagadał do nas starszy gentleman z ławki obok:

— Skąd jesteście, młodzi panowie?

Dziadek miał prawie osiemdziesiąt lat i o dwadzieścia lat młodszą dziewczynę — Tajkę, którą poznał online. Był w Polsce kilka razy, miło wspominał, ale zaznaczył, że gdziekolwiek nie poszedł, tam wódka znikała po chwili, nawet na budowie pili, na rusztowaniach, a ja mu na to, że to prawda, niestety, tak jest do dziś, ale niech jeszcze do nas przyjedzie.

Mamo, na samą „noc” wróciliśmy na kąpielisko, tym razem autobusem, a taki 10-minutowy kawałek kosztuje siedemnaście złotych, ale tak bolały nas nogi, że machnęliśmy na to ręką (ręce nie bolały).

Dopiero teraz zauważyliśmy, że Norki mają na kąpielisku wyznaczoną trasę liną torową. Bez tego pewnie nie umieliby pokonać odpowiedniego dystansu ani pływać prosto i w takiej sytuacji Mariusz powiedziałby właśnie, że Norki są debilami.

— A co powiedziałby Jeżyk? — zapytałem.

A Maciek na to:

— Jeżyk zapaliłby szluga i nic by nie powiedział.

Mamo, do namiotów wróciliśmy po pierwszej w nocy, a tak naprawdę o pierwszej rano. Miejmy nadzieję, że zmęczenie znuży nas do snu, bo jutro musimy wejść na Fløyen.

E.W.