NIE TRZEBA

Z całym szacunkiem, proszę wybaczyć, ale Grigorij Perelman wygląda jak żul, który popija w parku winko. Ma długie sterczące włosy, każdy wywinięty w inną stronę, i nosi marynarkę, dżinsy i ubłocone buty. Dziad z niego jak każdy rusek, jakiś taki brzydki jest i w oczach ma szaleństwo, a minę, jakby ciągle zawiewał mu wiatr. Można by się do niego przysiąść, a on — jak każdy inny kloszard — wyjaśniłby teorię wszystkiego, z tym że w jego przypadku miałoby to uzasadnienie naukowe najwyższych lotów.
Grigorij to geniusz matematyczny. Rozwiązał jeden z tzw. problemów milenijnych (zestaw siedmiu zagadnień matematycznych ogłoszonych przez Instytut Matematyczny Claya 24 maja 2000 roku) — Hipotezę Poincarego, której przez niemal sto lat nikt nie potrafił nawet ruszyć. Udowodnił, że jeśli obiekt nie posiada dziury, może być uformowany do kształtów kuli — na ten dowód czekał cały świat (podobno, chociaż nie wiem, po co to komu, ale wielu rzeczy nie potrafię objąć rozumem). W 2007 znalazł się na dziewiątym miejscu listy 100 żyjących geniuszy wg. The Daily Telegraph. Jest laureatem EMS Prize (1996), Medalu Fieldsa (2006) i oczywiście Nagrody Milenijnej Istytutu Matematycznego Claya (2010), za którą mógłby zgarnąć milion dolarów, ale tego nie zrobił. Zresztą nie przyjął żadnej z nagród, dosłownie żadnej. Nie chciał nigdy kariery, sławy, pochwał, niczego z tych rzeczy, a gdy wrocławscy aktorzy, którzy tworzyli spektakl inspirowany jego życiem, spotkali go przypadkiem na wyjeździe do Sankt Petersburga, Gregorij na zasłyszane od nich wieści odpowiedział im tylko z machnięciem ręki: „Nie trzeba”, co stało się potem tytułem tego spektaklu.
W 2005 wycofał się z życia publicznego, rezygnując z pracy w Instytucie Skiełkowa. Zerwał wszelkie kontakty z innymi i rzadko wychodzi z mieszkania; podobno nikt nie wie, jak teraz wygląda i gdzie tak naprawdę mieszka. Pewien dziennikarz, który próbował się z nim skontaktować, usłyszał tylko od niego, że przeszkadza mu teraz zbierać grzyby. Niektórzy mówią, że biedni są tacy geniusze, ja uważam, że facet jest chyba szczęśliwy inaczej, bogatszy inaczej. Myślę, że gdyby wziął pod uwagę, co go czeka po jego osiągnięciach, nigdy by nawet nie upubliczniał swoich wniosków czy założeń. Wystarczyłaby mu satysfakcja z własnych osiągnięć, ewentualnie satysfakcja z pokazania obliczeń znajomym po fachu i na tym by się skończyło. Koniec końców wybrał bogactwo, którego nie można kupić za żadne pieniądze, a po które ciężej byłoby mu sięgnąć, gdyby jego kariera nabrała dodatkowego, niespodziewanego rozpędu.
Syd Barrett, frontman Pink Floyd, niezwykle utalentowany, pewnego dnia też po prostu zniknął ze świata muzyki i żył w niemal całkowitym zapomnieniu aż do śmierci, zrezygnowawszy ze sławy, zdusiwszy w sobie kreatywność.
Goyatee, powszechnie znany jako Geronimo, największy amerykański przywódca wojenny, walczył z najeźdźcami chcącymi zająć jego ojczystą ziemię (Kalifornię). Poddał się po 40 latach walki, zmęczony tym wszystkim, i umarł w Oklahomie.
Bobby Fischer, mistrz świata w szachach z 1972, zniknął ze świata sportu. Miał wszystkiego dość, nie samej gry, ale tego, co wokół. Po prostu się poddał, uległ, najzwyczajniej już nic z tego nie chciał.
Wszyscy mówią, że nie warto się poddawać. Wszyscy chwalą ludzi, którzy nigdy się nie poddali i dzięki temu dopięli swego, osiągając w jakiejś dziedzinie sukces. Nikt nie wspomina o tych, którzy walczyli, ale zrezygnowali, wycofali się, poddali, a szkoda, bo kryje się w tym jakieś pokrzepienie. Dla nas, dla wszystkich, w tym dla mnie.
David Lynch powiedział kiedyś, że to takie wyzwalające, w pewien sposób piękne — odnieść porażkę i nie mieć już, dokąd pójść. Ja bym tylko dodał, że równie wyzwalające i piękne jest umieć postawić się światu, odpuścić i udać się w zapomnienie. Chyba to zbyt przesadne porównanie, ale zawsze — tyle że zawczasu — można być jak Philip Larkin, który nie przyjmował nagród, mówiąc do królowej, że chyba sobie żartuje, chcąc wręczyć mu jakiś order. Ta myśl — sama świadomość, że taka możliwość przecież istnieje — umacnia mnie moralnie. Jeśli odniosę w tym życiu porażkę, to zawsze mogę żyć ze świadomością, że udowodniłem coś sobie, kilku innym i tyle wystarczy, bo przecież nie jestem gorszy niż ci, którzy przyglądają się nam ze szczytu, niż ci, którzy dostali od losu coś więcej. Nie muszę robić czegoś dla was, bo tak trzeba. Właśnie, że nie. Można, ale… nie trzeba.
Powyższej postawię przyznaję 9 punktów na 10.