NIE MA FAL?

List z podróży do Portugalii 6, Nazaré
Pani Mamo,
Zawsze chcemy być tam, gdzie nas nie ma, chociażby miało to być tuż za rogiem — tak można by podsumować chęć krótkiego wyjazdu poza stolicę Portugalii. Udaliśmy się do Nazaré, to zaledwie godzina jazdy autokarem. Najgorzej było wstać rano, co przeczy idei wakacji, przynajmniej według Pani Córy, zresztą według mnie też. Nie umiem się zrywać skoro świt, a na wyjazdach nie potrafię razy dwa, jednak potrzeba zobaczenia tego, czego nie ma tu, a co jest tuż-tuż, okazała się nieco silniejsza, podszyta niepokojącym pytaniem, które brzmi: „A kiedy będziesz tu drugi raz?” i krótką odpowiedzią: „Może już nigdy. Jedź teraz, jedź i zobacz, co tam jest”. O dziwo Pani Córa mówiła później, że dobrze, iż wybraliśmy się na wycieczkę rano, gdyż po powrocie będzie jeszcze czas „dla siebie”, jakby to, że znajdujemy się razem w innym miejscu niż Lisboa, nie był czasem „dla siebie”.
Nazaré to mekka surferów. Fale tłukące tu o brzeg — sięgające wysokością dwudziestu, nawet trzydziestu metrów — mogłyby przykryć to miasteczko, gdyby nie leżało na wzgórzu. A wzgórze to — tak zwane sitio, jedno z trzech głównych części miasta — jest klifem, niby uciętym kantem długiego stołu. To górna część Nazaré, której fale, choć większych na świecie nie ma, z pewnością nie sięgną. Żeby tam dotrzeć, można skorzystać ze specjalnej windy — bardziej wagonika, choć z nazwy to winda — lub autobusem, ale do końca lutego winda nie działa ani, przez wzgląd na roboty drogowe (tak wyczytałem z kartki na wiacie, jeszcze na tyle portugalski zrozumiem, gorzej, kiedy do mnie mówią), nie kursują autobusy. Niemniej lokalsi — raz starszy pan, innym razem pani z siatami — odsyłają nas na przystanek, jak gdyby przyzwyczajeni do tego, że tu od wieków nic się nie dzieje. Co ciekawe, minęło nas wcześniej kilka pań, gdy szliśmy wzdłuż plaży, każda ubrana w strój ludowy, jednak ta, która nas odesłała tu, gdzie czekalibyśmy w nieskończoność, wcale nie wyglądała jak jedna z nich.
Na szczęście uberowiec — zapewne tańszy niż transport publiczny — zabiera nas tam za pięć euro, co wydaje się oszustwem, ale jest prawdą. Na dole, przynajmniej o poranku, lokale są pozamykane, więc nie pozostaje nam nic innego, jak skosztować widoku z klifu, a później, mimo głodu, zjechać tu na jedzenie. Z jakiegoś powodu na górze miasta dzieje się życie — chyba musi, ale chyba tylko dlatego, że o tej porze nie ma życia na dole, co stanowi pewną równowagę, coś jak feng-szui lub jest, tak dla hecy, zaprzeczeniem zasad wielkiego Kybalionu. Na sitio stoją panie przy kramikach — podejrzewam, że są z Brazylii — i sprzedają orzeszki, a tak naprawdę wszystko, co przyjemnie chrupie między zębami. Jedna z pań dała mi orzeszka, zaraz drugiego, trzeciego, potem kukurydzę, coś jeszcze, a do tego zaśpiewała — jak mogłem od niej nic nie kupić? Za kolejne pięć eurasów mieliśmy chrupania aż do czasu powrotu do Lisboy.
Aha, zapewne chce Pani Mama wiedzieć, co z tymi falami, a ja piszę, dosłownie i w przenośni, o takich drobnostkach. Stety i niestety — pogoda okazała się na tyle ładna (przyjemne słońce, leciuchna bryza), że zdjąłem bluzę, co należy rozumieć tak, że fal… cóż, fal nie było. Pani Mamo, nie ma fal! Nie ma fal, dosłownie, ale nie w przenośni, bo samo miasto wzbudza w nas fale wszelkich uczuć: fale ciepła, kiedy głaszczą nas promienie; fale niepokoju, gdy patrzymy z góry na otaczające nas tereny; fale radości, że udało nam się za tego życia dotrzeć tu razem; fale ciekawości, dodatkowo wzburzanych na widok latarni i muzeum surferów; fale nadziei, że są na tym świecie miejsca, w których warto żyć; fale nostalgii, które zapewne uderzą po powrocie, gdy w nas ostaną się jedynie te pocztówkowe widoki, ta zieleń, nieskończone plaże, rozsiane kamienie, pomnik jelenia-surfera, klockowate budynki i ten spokojny ocean — spokojny, choć to Atlantyk.
Pani Córa mówi, że chce tu wrócić, właśnie w to miejsce, na takie prawdziwe wakacje, które wyobraża sobie inaczej, możliwe, że w kamperze nad brzegiem oceanu — ale czy ma świadomość tego, że beze mnie nie miałaby tych prawdziwych, wymarzonych wakacji?
E.W.