Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

ŻÓŁTE I CZERWONE

Photo by gemmmm 🖤 on Unsplash

List z podróży do Portugalii 3, dzień 3, Lisboa

Pani Mamo,

Pierwszym, na co zwracam uwagę w Lisboa, gdy nastaje nowy dzień, jest poranna wilgoć — ta sama, co w Hiszpanii. Bardzo specyficzna. Chyba mnie ona, ta wilgoć, uspokaja. I chyba nie tylko mnie. Przez nią, nawet w zimę, jakby się płynie. Oddycha się nią. Wszystko jest nią oblepione, dzięki czemu, tak zakładam, pośpiech tu nie istnieje. Ta wilgoć spowalnia ruch na ulicach. Spowalnia też bicie serc, wszelkie ruchy, nawet te znikome, jak ruchy palców. Gdyby nie ona, z pewnością znacznie bardziej drgnęłyby moje nerwy po tym, jak zobaczyłem, że pogotowie znajduje się tuż za rogiem, a przypomnę tylko — pół nocy musiałem spędzić w męczarniach. Wilgoć ta wydobywa też z otoczenia zapachy: czuć wtedy kostką chodnikową, piachem spod krawężników, wycieraczkami w przejściach, blachą aut, krzesłami z plastiku sprzed restauracyjek, trochę autobusami i olejem, drogimi ciuchami z wystaw sklepowych, towarem wątpliwej jakości rozprowadzanym przez Kińczyków, roślinami nieumarłymi w tym chłodniejszym okresie, kawą z co drugiego lokalu, palonymi kasztanami i zapiekanym budyniem, jeśli nie zawieje mocniejszy wiatr.

Budyniem?

Na śniadanie jemy pastéis de nata — wypiekany budyń w cieście francuskim, to wymysł hieronimitów z pobliskiego klasztoru w Belém, który widzimy potem w trakcie wielokrotnego przemierzania Lisboy. Pani Córa pije do tego kawę — ja nie, wiadomo. Babeczki bierzemy też na wynos i jemy w zależności od chęci. Pani Córa nie lubi słodkiego — znaczy udaje, tak żebym nie podtykał jej tych wypieków pod nos. Podejrzewam, że będziemy je wsuwali na śniadanie każdego dnia; tak robią tu wszyscy i Pani Córa będzie musiała do tego przywyknąć, chowając swój naopaczyzm do kieszeni. Albo będzie uwalniać swój nopaczyzm, albo będzie chłodzić głodna, dlatego martwię się, żeby pastéis de nata jej się nie odwidziały na dobre.

Kupiliśmy bilety na autobus turystyczny — jeżdżą do wszystkich punktów wartych zobaczenia, a jedyną ich wadą jest kolor. Czerwony, na wzór tych londyńskich. Tu, do cholery, powinny być żółte, tak jak słynne tramwaje, które służą głównie do podjeżdżania pod górkę. Wyglądają jak dopiero co wyjęte z muzeum, włączone od razu po tym do ruchu, tyle że jeden wjazd nimi kosztuje tyle, co cały dzień jeżdżenia po mieście czerwonym busem, wykupionym na 48 godzin, pojawiającym się na każdym przystanku co pół godziny, a do tego mamy zapewnioną wieczorną atrakcję, co znaczy, że po zmroku bus porusza się innym szlakiem, pokazując dodatkowo więzienie, największe centrum handlowe i nocne życie na centralnym skwerku. Wiele z niego widać, tym bardziej, kiedy usiądzie się na piętrze, najlepiej też za zabudową, tak by nie wiało w twarz. Nie wszędzie się nim dojedzie, bo i nie wszędzie się zmieści, ale są i mniejsze busy, z których również możemy korzystać i te dość sprawnie wiją się między wąskimi uliczkami.

Chciałbym opisać Pani Mamie więcej o tym, co widzimy po drodze i gdzie się snujemy, ale może jutro? Teraz będziemy zbierać się do spania.

E.W.