START, GO

START, GO
Światła drogowe, w zamyśle ułatwienie dla kierowców, stanowią równie duże zagrożenie, jak gdyby ich nie było. Hmm, czyżbym miał do kolekcji jedną więcej niepopularną opinię?
Pierwsza elektryczna sygnalizacja świetlna, inspirowana kolejową, opartą na projekcie Jamesa Hoge’a, została stworzona w 1912 roku przez Lestera Wire’a, policjanta stacjonującego w Salt Lake City w stanie Utah. Jednak to Garrett Morgan, świadek wypadku z udziałem samochodu i zaprzęgu konnego, zgłosił patent na sygnalizację świetlną, jaką znamy dziś (patent nr 1,475,024, przyznany 20 listopada 1923 r. na trójpozycyjny sygnalizator świetlny Morgana). No właśnie — samochód i dorożka. Wtedy miało to rację bytu, jeśli chciało się uniknąć takiego wypadku. Systemu z tamtych lat używamy jednak do teraz, a na ulicach dorożek już raczej nie uświadczymy, dlatego coś mi się tu nie zgadza.
Dlaczego twierdzę, że sygnalizacja pozostawia wiele do życzenia?
Sygnalizacja ułatwia jazdę, pokazując wyraźnie, kiedy jechać, a kiedy stać — wtedy nie trzeba się martwić chociażby o znaki drogowe, a skrzyżowania, jak wiadomo, bywają różne — ale i utrudnia ze względu na swoją niedokładność, którą można by wyeliminować w jeden prosty sposób, a tym samym, tak mi się wydaje, ograniczyć w jakimś stopniu — nie wiem, czy mniejszym, czy większym, ale jakimś na pewno — wypadki na drogach. Naprawdę nie chcę gnać na złamanie karku, oby tylko nie wyskoczyło mi czerwone, a najgorzej, kiedy zaświeci po tym, jak jednym kołem wjadę już na, dajmy na to, przejście dla pieszych.
Wystarczyłoby zainstalować startynki odmierzające czas do zmiany świateł — dlaczego to nie jest normą? Na automatyczną zmianę świateł nie powinno się, do cholery, czekać w niepewności — czy my gramy w zielone światło/czerwone światło? To nie tylko rodzi stres, ale i złość potęgującą pokrewne emocje wpływające na jakość jazdy, też nie tylko u tego, co stoi w kolejce pierwszy, ale i tych za nim. Spróbujcie w Warszawie nie ruszyć w pierwsze pół sekundy po tym, jak rozbłyśnie zielone, a przekonacie się, o czym mówię, zresztą u nas w stolicy, przy natężonym ruchu, i tak sznurek aut często sunie na czerwonym, dosłownie jak wagony, inaczej byśmy się nie pomieścili. Kiedyś w Stanach Zjednoczonych — Toledo w stanie Ohio, 1908 rok — jakieś mądre głowy zatrudniły nawet oficerów, którzy z pomocą gwizdka dawali znać, by przygotować się do jazdy na chwilę przed zmianą napisu ze STOP na GO, co znaczy, że zdawali sobie sprawę z tego problemu już wtedy, za to kiedy do powszechnego użytku weszły światła — te trzy kółka — z jakiegoś powodu się nam wydaje, że nie potrzeba temu systemowi nic więcej.
A żółte światło? W niczym nie pomaga, jedynie napawa dodatkowo niepewnością. Żółte oznacza JEDŹ czy STÓJ? Jeden powie jedno (teoretyk), drugi drugie (praktyk), a ja powiem, że to zależy — bo kiedy pędzę, widząc zielone, a za mną jadą samochody, to nie będę dawał po heblach, przecież to stwarza zagrożenie, tym bardziej, kiedy znajdowałbym się za — przed w sumie też — większym gabarytowo pojazdem, który zasłaniałby mi widok na trasie. Pieprzone żółte światło — przecież nie jeździmy już konno, musimy zrywać się do ruchu i z 50 czy 70 km na godzinę wyhamowywać do zera, by zaraz ponownie się rozpędzać.
Startynki to jest to, czego nam trzeba.
Obecny, przestarzały, ale powszechny system zmiany świateł oceniam na 4/10.