Szukając Antarktydy

Przeczytałem właśnie „Białą ciemność” D. Granna i naszła mnie pewna refleksja. Książka opowiada o Erneście Shackletonie, podróżniku-polarniku, i Henrym Worsleyu, próbującym dokonać wyczynu, jakiego nie udało się dokonać jego mentorowi, wspomnianemu właśnie Shackletonowi — tj. przejść całą Antarktydę. Żona Henry’ego wierzyła, że każdy powinien poddać się jakiejś próbie charakteru, tak by odbyć wędrówkę w głąb siebie, niekoniecznie taką jak jej mąż, ale taką, podczas której znajdzie odpowiedzi niedające się ubrać w słowa.
Thomas Pynchon twierdził, że „każdy ma swoją Antarktydę”, dla Henry’ego była to akurat sama Antarktyda, a dla mnie? Właśnie się nad tym zastanawiam. To pytanie kłębi się we mnie już od dawna, ale ostatnimi czasy spęczniało, a teraz — po tej lekturze — je nawet widzę i dokładnie wiem, jak jest sformułowane: Gdzie jest moja Antarktyda?
Z jednej strony wiem, że mam w sobie silną wolę, na tyle, by pozwoliła mi odbyć taką wędrówkę, ale z drugiej wiem, że muszę to sprawdzić na własnej skórze. Taka wyprawa „na Antarktydę” by mi pomogła, odmieniłaby mnie na lepsze. Ale skąd taka potrzeba? Stąd, że życie mnie męczy, nadgryza, co boli, a chcę, by mnie coś ugryzło, tak porządnie, tak by potem nie zwracać uwagi na to, co kąsa codzienne. Tak to sobie tłumaczę; nie wiem, czy słusznie. Niewykluczone, że odpowiedź znalazłbym właśnie dopiero po odkryciu własnej Antarktydy.
Do niedawna myślałem, by wejść zimą na Śnieżkę w samych majtkach, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, ale do tego potrzeba kompanów. Każdego dnia walczę z różnymi przeciwnościami, tylko że moje życie nie jest Antarktydą, przecież nie o to tu chodzi; potrzebny jest tu jakiś etap, odcinek, punkt A i B, który by mi coś uświadomił, zmuszając do czegoś ponad moje siły i możliwości. Może byłaby to samotna podróż autostopem? Może prawdziwa walka bokserska? A może zbudowanie czegoś od zera?
Ciągle się teraz nad tym głowię.
Gdzie jest moja Antarktyda?