KALEKA

Głupota popłaciła i mam przez nią niesprawną rękę. Idę na sor, tak żeby nie musieć bujać się po rodzinnych, a dopiero potem po lekarzach właściwych, w tym wypadku — i po tym wypadku — po ortopedach. Wchodzę do szpitala, jest sobota, ale w środku nikogo nie ma — spotykam jakąś kobietę, która mnie pyta, czy ktoś tu w ogóle pracuje. Rzeczywiście, szpital widomo, i mówię jej, że no cóż, tak jak widać. Pani na recepcji zapisuje mnie do lekarza, mówi, że mnie zna, i pyta mnie, czy nie pouczyłbym ją hiszpańskiego; niestety, w tym roku już nie. Lekarz — młody, chudy i nieporadny — wystawia mi skierowanie na prześwietlenie, przy czym zaznacza, że jeśli doszło do złamania, to muszę od razu udać się do pobliskiego miasta, bo tu nie mają nawet gipsu. Odpowiadam, że prześwietlenie najważniejsze, a w konsekwencji tego spokojna głowa; bez prześwietlenia, nawet jakby było złamanie, pewnie chodziłbym tak z tą ręką. Biorę świstek i udaję się na prześwietlenie. Staję w okienku, dzwonię dzwonkiem i czekam jak głupi. Pani, która zapisuje na prześwietlenia, jest tą, która je zarazem robi, dlatego woła mnie zaraz do gabinetu nr 3, mimo że to nie ma znaczenia, gdyż każde drzwi prowadzą do jednego pomieszczenia. Każe położyć mi rękę tak i tak, na co ja, że przecież łokieć mnie nie boli, a ona, że tak jest na skierowaniu napisane, a ja, czy po prostu nie mogę położyć ręki tak i tak, żeby wiedzieć, co jest nie tak w miejscu, w którym mnie boli? Ona na to, że i tak dobrze, że wzięła mnie w ogóle na prześwietlenie, bo na skierowaniu nie ma podane, która ręka mnie boli, lewa czy prawa. Idę z płytą do lekarza. Przygląda się zdjęciu na monitorze, a ja mu tłumaczę, że mnie łokieć nie boli, a on, sorry, pomyliłem się, i daje mi drugie skierowanie. Wracam pod okienko, ale pani od prześwietleń już nie ma. Stoję jak głupek w tym okienku, tym razem trzy razy dłużej niż wcześniej, chyba ze czterdzieści minut, i klikam dzwonek, raz za razem, raz za razem, a ona wraca i pyta, czy długo jej nie było. Znowu robi mi prześwietlenie, wręcza mi płytę, a ja maszeruję z nią do lekarza (z płytą, nie z tą panią). Tym razem mówię mu, żeby pokazał mi to zdjęcie, chyba sam muszę sobie wystawić diagnozę. Dopytuje mnie, czy pani nie wystawiła mi przypadkiem przedwczesnej diagnozy, jakby nie wiedział, co będzie musiał zaraz powiedzieć. Okazuje się, że ręka nie jest złamana, przynajmniej na moje oko, ale skierowanie do ortopedy biorę, bo tego sobie już sam nie wystawię.
Po wszystkim i tak musiałem uspokajać się sam. Mija już półtora miesiąca, a ja nadal nie odzyskałem sprawności w ręku. Nie mogę jej do końca otworzyć, a między kostkami mam opuchliznę.