O SPANIU NA GLEBIE

Odkąd ostatni raz spałem pod namiotem — tj. tydzień temu, przez trzy dni — co i raz nachodzi mnie chęć, by wybyć z domu i, pomimo ograniczonej przestrzeni i komarów, rozłożyć się na łonie natury. Spało mi się dobrze, może nie najwygodniej, za to sen był tak twardy, że gdy rano się ze mnie stoczył, zrobił to od razu, tak że w ciągu dnia nie łapała mnie senność, a i od razu mogłem wstać na nogi, bez zbędnego wylegiwania się i jęków duszy. Twardy jak kamień sen przy okazji zabrał ze sobą wizje nocnych koszmarów, gniotąc je, spłaszczając do minimum, tak że nazajutrz prawie w ogóle ich nie pamiętałem, choć wiedziałem, że nie obyło się bez. Nie przeszkadzało mi też zbytnio towarzystwo osób wokół, nawet jak gadali czy chrapali, choć, jak można się domyślić, bez nich nie byłoby wcale najgorzej, żeby nie powiedzieć lepiej. Ziemia, oddziaływująca jak ludzki magnes, zdawała się mnie ciągnąć w dół, aż czułem to w środku, nawet przez materac, jakby wysysała ze mnie niestrawioną przez organizm energię, by ją zrecyklingować po swojemu, a następnie, w trakcie nocy, tchnąć we mnie nową, świeżą, której nie da się uzyskać, gdy śpi się na wysokim łóżku i pod dachem… lub gdziekolwiek indziej.
Coś musi krążyć w przyrodzie, co z większą łatwością przenika przez ciało do ziemi i od ziemi przechodzi do ciała, chociażby — jeśli już odrzucać wszelkie wymysłów — przyzwyczajenie naszych przodków, którzy za dach mieli wyłącznie niebo, za łóżka wysokie trawy, a za poduszki kępy ziemi. Myślę, że człowiek powinien — a przynajmniej jest to jeden ze sposobów — spać co jakiś czas w naturze, by odnowić życiową witalność i poczuć łączność ze światem, który przecież nas otacza, choć, niestety, wraz z rozwojem technologii coraz mniej.
Koniec tych banalnych przemyśleń, banalnych, ale (przynajmniej tyle mam na swoje usprawiedliwienie) wynikających z doświadczeń niedawnych, osobistych.