NIEBO NA BARKACH

W zeszłym tygodniu, pierwszy raz od jakichś piętnastu lat, a drugi w ogóle, spałem w namiocie. Pierwszy raz był na mazurach, za dzieciaka i z rodzicami. Przewalił się wtedy na nas pijany chłop, omal nie łamiąc tej całej patykowatej konstrukcji. Mógł potknąć się o korzeń drzewa, pod którym się rozłożyliśmy, albo, jak to pijany, o własne nogi.
Zorientowałem się, że gość, półleżąc, nie może stanąć i, gnieciony grawitacją, wierci się jak owad na grzbiecie, a w prawym ręku, oby tylko go nie rozlać, trzyma piwo. Obok mnie spała mama i siostra, nawet wtedy, kiedy tamten nad nami wisiał. Na szczęście ja, obarczony płytkim snem, zorientowałem się w porę, co się dzieje: klęknąłem, uniosłem ręce niby Atlas i napiąłem się cały, oby tylko facet ich nie przygniótł. Z mojej pespektywy — z perspektywy chłopaczka o wątłych mięśniach — trwało to całą wieczność, a przynajmniej pół nocy, bo aż do rana. Chciałem zachować się o tyle po męsku, że postanowiłem nie budzić ani mamy, ani siostry, ani ojca, którego, zamkniętego w aucie, i tak nie dałbym rady obudzić, a nawet gdyby nie spał zamknięty w aucie, to za cholerę — a z pewnością nie samym wołaniem — nie ściągnąłbym go na jawę.
Wypychałem zatem typa przez szeleszczącą ścianę namiotu. Sam jeden trzymałem na barkach sklepienie niebieskie, a może i świat cały, ciągle w napięciu, próbując jedynie siłą woli zwiększyć siłę woli, gdyż same mięśnie już dawno się poddały. W pewnym momencie, niewykluczone, że ze względu na moje stękanie, obudziła się mama i podniosła rękę. Ledwie go dotknęła, dosłownie, gdy udało mu się akurat wstać (chwycił bodajże za nisko zwisającą gałąź), a jak obudziła się rano, wyznała z dumą i przekonaniem, co do zeszłonocnych wydarzeń: „Wiecie co? W nocy przewalił się nam na namiot jakiś pijany chłop, ale obudziłam się i odepchnęłam go jedną ręką. Uratowałam nas”.