MAŁA FRANCJA

List 3, maj, Mała Francja
Pani Mamo,
Cieszę się, że mogłem zabrać Pani Córkę do Strasbourga: w końcu zrozumie — przynajmniej taką mam nadzieję — że ostało się u mnie w sercu nieco miłości, tej romantyczności naszych dziadów, której tak bardzo pragnie każda kobieta, ale — proszę być spokojnym — na wszystko przyjdzie czas: dziś, kiedy serce me ledwie rozmiękło do Niej uczuciem, pokazuję Jej Małą Francję, chodząc z nią wszędzie za rękę, a niebawem, kiedy serce me doszczętnie pożre miłość, pokażę Jej tę dużą, choć nie pisaną z wielkiej litery, te ogromne budynki i znane wszystkim na cały świat ulice. Póki co musi wiedzieć, czym jest apetyt, oczywiście w przenośni, ale i dosłownie, gdy je francuskie wypieki z mniejszych miast (tak w ogóle, croissanty, jak są, to już ich nie ma), tym bardziej takich jak Strasbourg, które niegdyś należały do Niemiec.
Mała Francja w Strasbourgu jest mała dosłownie i w przenośni, choć, dla niektórych, może być czymś wielkim, szczególnie kiedy jest się tu razem i kiedy razem przeżywa się to, co ona oferuje: bezlistne drzewa o karbowanych, silnych gałęziach, gotyckie kościoły, które chcą wchłonąć innych swą wielkością, mostki dla mniej lub bardziej zakochanych, żywe ulice pełne łagodnie brzmiących dla ucha języków, uliczna sztuka i, w czym nawet odnalazła siebie, stoiska z tanimi książkami, gdzie pod moją nieobecność, rzecz jasna, toczyła dyskusje we wszystkich znanych sobie językach ze starymi, cwanymi handlarzami (nie wiem, co nią powoduje w takich sytuacjach, ale jest to co najmniej godne uwagi i przynajmniej lekkiego uśmiechu na twarzy zmęczonej od nieustannego dreptania po mieście).
Więcej zdradzę w kolejnym liście, kiedy nieco odetchniemy, ale, co ważne, we Francji mamy kontakt ze światem (jest Wi—Fi, jest roaming), więc można do nas pisać i dzwonić, przez co czujemy się jak u siebie, choć u siebie — w rzeczywistości, do której się nam nie spieszy — będziemy najwcześniej pojutrze.
E.W.