100 LAT W PRZÓD LUB WIĘCEJ

List 9, Walencja
Kochana,
Docieram do Walencji pociągiem. Zostawiamy bagaże w mieszkaniu u dredziarza, który nie zdążył jeszcze dla nas posprzątać, i ruszamy na miasto. Nie chcemy marnować czasu: nie zostaniemy tu długo, a i też jesteśmy dość wyczerpani, żeby nie chcieć wrócić do mieszkania wcześniej niż, jak to bywa, na późny wieczór.
Walencja jest spora, ale — takie mam wrażenie — można tu dojść w co ciekawsze miejsca na piechotę. Oglądam więc miasto z wierzchu, popijając swe kroki przesłodkim bubble tea. Gdzieniegdzie ciągnie od Walencji duchem starożytności: w niektórych zakątkach słychać echa przeszłości, między wąskimi uliczkami, na straganach, przy katedrze, na rynku czy nawet jak przechodzę przy tej wstrętnej arenie dla byków.
Buty niosą mnie do Ciudad de las Artes y las Ciencias, co jest zupełnym przeciwieństwem tego, co odczuwałem w drodze do tego miejsca — to tzw. miasteczko sztuki i nauki, trochę jak u nas Centrum Kopernika, ale jest bardziej rozbudowane, z oceanarium i kinem. Przypomina futurystyczne wizje od George’a Lucasa, jakieś wodne Tatooine albo coś takiego — wcale nie przesadzam. Jakbym stracił pamięć i obudził się w tym miejscu, uwierzyłbym, że odzyskałem świadomość co najmniej sto lat później: te przepastne budynki, wodne powierzchnie, ludzie poruszający się na wodnych deskach z kierownicą i ogromne kopuły kradnące głos.
Nie zwiedzamy tam wszystkiego, w tym najważniejszego, oceanarium, bo cena. Za to idziemy do kina. W trakcie seansu padają mi baterię od słuchawek, na których ustawiało się język seansu. Postanawiam więc, korzystając z okazji, nieco się o to powykłócać. Pani zbierająca słuchawki odsyła nas windą dla personelu prosto do kasy, a ja, logicznie do rzeczy podchodząc, prowadzę z bileterkami spór. Mogą jedynie przeprosić za brak profesjonalizmu, tak też robią, tylko co mi z tego. Ty pewnie byś odpuściła, ale wiesz, jaki ze mnie cham, a poza tym chciałem zawalczyć o swoje w nieswoim języku i wcale nie być gorszym od tych, którzy w swoim języku nie walczą o swoje.
Wieczorem kradniemy Netflixa od Niemców i oglądamy film o mężczyźnie imieniem Otto, płaczemy i idziemy spać. Zasypiam z nadzieją, że obudzę się jutro, a nie za sto lat, w miejscu białych kopuł, połaci wodnych i wśród ludzi poruszających się na lewitujących deskach z kierownicami.
Wiesz, co byłoby najgorsze, gdybym obudził się za sto lat?
Tak, właśnie to.
E.W.