Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

DZIEŃ DOBRY, PIWO, WÓDKA, PAPIEROSY

ja, gdzieś w głębinach

List 5, dzień 6, Málaga

Kochana,

Wędrujemy uliczkami Málagi: niektóre z nich są zalane papkowatym, kleistym ciepłem (a to dopiero ranek), inne — przyjemnym, martwym chłodkiem, jakby zassanym spod ziemi, z trupich czaszek.

S. i J. rozglądają się za kawą, ja za czymś do czytania. Wiesz, jak ciężko jest tu kupić książkę w ciągu dnia? Sjesta to zmora podróżnych. Znajduję jednak działający antykwariat: sprzedawca nie przypomina Hiszpana, może dlatego ma otwarte. Są tu komiksy, powieści, kilka półek z filozofią; czuję po zapachu, że wśród tylu pozycji będzie coś dla mnie. Używane książki owijają tu w folie — to ciekawe (to świadczy o szacunku do książki), ale i zbędne (niezbyt eko). Z początku nie mogę nic znaleźć, ale ostatecznie — zupełnie jakby na mnie czekała — wpada mi w ręce powieść o trupach okupujących Málagę. Czy może być coś lepszego niż 600 stron o zombie przejmujących miasto, w którym się aktualnie przebywa?

Uwierz, jest tu naprawdę gorąco: moja głowa to parowar, ze smołą, która wybija i spływa mi po gardle, po klatce piersiowej, skapuje na serce i osiada na żołądku. Dlatego — żeby nie zmarnowały się bilety — na Alcazaba wspina się J., a ja zostaję w parku z S., z książką i — jakbym tego jeszcze potrzebował — rodziną Polaków rozprawiających o niczym na ławce obok. Nie możemy się doczekać, aż J. wróci — czekają nas bowiem odwiedziny w Carmen Thyssen (tak, tu też jest to muzeum, ale dużo mniejsze), a potem, już bliżej plaży, w Pompidou (tak, tu też jest to muzeum). Raduję się na myśl o wędrówce przez chłodne komnaty, ozdobione dziełami sztuki.

W Pompidou zagaduje do nas bileter. Pyta, skąd u nas w głowie hiszpański, i zaraz, w językowym odwecie, atakuje nas po polsku, mówiąc DZIEŃ DOBRY, PIWO, WÓDKA, PAPIEROSY. Zdradza, że był we Wrocławiu. Kurde, nawet ja nie byłem we Wrocławiu. Ale będę, niedługo. Pojedziemy tam razem, jak tylko wrócę, obiecuję.

Na koniec dnia trafiamy na plażę. Piach jest ciemny i twardy, jakby wulkaniczny, a woda zimna, przynajmniej takie sprawia wrażenie, aż się zastanawiam, czy nie wpływa tu żaden zimny prąd. W końcu czuję chłód, lecz gdy o Tobie pomyślę, serce zamienia mi się w czajnik — i potem znów mi gorąco, zupełnie jakbym nigdy nie pływał w zimnej wodzie.

E.W.