Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

NA CHACIE U PICASSA

Na chacie u Picassa

List 4, dzień 5

Kochana,

Do Málagi dojeżdżam na samą noc. Przechodzę przez centrum handlowe, jak w Krakowie, i potem wita mnie miasto: jest jaskrawe, kolorowe, trochę jak choinka bożonarodzeniowa — i choć dobrze go nie widać, to czuć, że jest większe; ma głębszy oddech, zasysa mnie z wraz z walizką i plecakiem.

Mój hostel jest jak DPS, jak jakiś przytułek dla zielonych: są tam szpitalne korytarze, które prowadzą mnie do pokoju z więziennymi, piętrowymi łóżkami; nawet okno tam jest zamurowane i jedyne światło sączy się z żarówki na suficie.

Gdy wstaję rano, nie wiem, czy jest noc, czy dzień — okno jest przecież zamurowane, przypominam sobie po sprawdzeniu godziny. Mam tu opłacone śniadania. Dopiero więc po śniadaniu ruszam na miasto, przekonać się, jaka Málaga jest rzeczywiście.

Brnę przez długi pasaż. Siadam na kolano Andersena opowiedzieć mu bajkę. On jej wysłuchuje, ja ruszam dalej. Potem idę, idę i idę, a powietrze zamienia się w gęstą, gorącą galaretkę. I staję w kolejce do muzeum Picassa. Nie bardzo chcę, ale staję, bo już tu jestem, a to w końcu jego miasto. Są tu dwa jego muzea — to i jeszcze dom jego narodzin — ale ja Picassa znam. Picasso to cham. No ale to jego miasto, myślę, dlatego idę tylko do jednego muzeum i wychodzę z niego jak gdyby nigdy nic.

Ruszam w stronę Alcazaba. Po drodze wchodzę do sklepu, znów biorę loda i kilka zimnych puszek z napojami zero. Ale, jak się potem dowiaduję, to sklep złodziejski. Tam nie ma cen, na niczym; ceny są w głowie sprzedawcy, a on nimi obraca, zmieniając je; on je losuje w zależności od tego, kto jaką ma twarz, skalaną biedą czy nie. To nie jedyny taki sklep w okolicy. Żryjcie gówno, dziady.

Orientuję się, że przechodzę przy największym muzeum w Máladze, domu dla sekcji sztuk pięknych i archeologicznej. Lokalni artyści, ci sprzed wieków, nie wypadają wcale gorzej na tle większych, bardziej znanych malarzy. Jeden obraz inspiruje mnie szczególnie; podziwiając go, czuję, że rodzi się we mnie nowa historia, akurat na opowiadanie.

Alcazaba jest podzielony na dwie części, na jedną wchodzimy, a na zamek jako taki — nie. Odpuszczamy. Skwar nas zżera, a zmęczenie połyka. Myślimy, by ruszyć tam, na ten szczyt, innego dnia; bilet się nie zmarnuje, chyba że my go zmarnujemy. Siadam na wzgórzu, zamedytować w cieniu drzewek, na chłodnych kamieniach, a potem już czeka nas tylko obiad.

W restauracji, już po jedzeniu, kelner mnie pyta, skąd znam tak dobrze hiszpański i czy jestem stąd. Mówię mu, że nie znam tak dobrze hiszpańskiego, pewnie dlatego, że nie jestem stąd. Hiszpański z Málagi brzmi jak brzmi. Mówię mu, że podróżuję, pociągiem, a on się dziwi i potem zaczyna o sobie: że nie jest Włochem, tylko Grekiem, że mówi po hiszpańsku, bo ma żonę stąd, a i mówi po bułgarsku, bo ma matkę z Bułgarii, no i po grecku też, przecież ojciec to Grek. Mówi chyba w stu językach, taki niepozorny kelnerek, człowiek z tacką, noszący gorące placki, ale nie zimną kawę, bo to nie Starbucks!

Rezygnujemy tego dnia z plaży. Marzy nam się chłodek, sztuczny, w ciemnym pokoju. Wiem, że jak wrócę do Polski, znów poczuję to ciepło, które czuję teraz tutaj — to przesadne, gęste ciepło — tyle że będzie płynąć specjalnie dla mnie, tylko do mnie, z Twojego serca do mojego, a nie z nieba na głowy, na wszystkich jednakowo.

E.W.