Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

Kurp rzeźbiarz

z pracowni Kurpia

Ostatnio mam wrażenie, że jeśli udam się gdzieś w weekend — naprawdę gdziekolwiek — to weekend wydaje się dłuższy, jakby co najmniej był trzydniowy. I oszukuję się wtedy — albo i nie — że jestem bardziej wypoczęty. Dlatego zgodziłem się, kiedy MR zaproponował mi, by jechać w niedzielę do Kurpia — no właśnie, jakiego, do cholery, Kurpia i po co? Znajomy znajomego ojca MR, podobno rzeźbiarz, co tworzy przy muzyce klasycznej pod obserwacją krów.

Jedziemy, nie znając adresu, a jedynie kierunek. I wiemy, że przed posiadłością ma stać wielki biskup z drewna. Pobłądziwszy, znaleźliśmy ostatecznie biskupa, armię rzeźb i Kurpia, który sam był jak wyciosany z pieńka. Wyszedł do nas pod krawatem, z mankietami niezapiętymi jak do lotu. Podobno myślał, że my z Warszawy, że przyjechaliśmy pisać o nim artykuł, więc się biedak zestresował.

Na podwórku ma wyrzeźbione psy, koty, co tylko. Słowem, znajdujemy się na terytorium kultury, zawłaszczonym przez obce siły bimberowe. Facet narobił wszystkiego w liczbie dwóch i pół tysiąca, trochę na zamówienie (dla księdza albo, jak mówił, „dla profesorów” — kimkolwiek ci profesorowie są), trochę na oddanie — czemu się nie dziwię, bo większość tworów jest bliźniacza, ze szkaradnymi mordami, lub na tyle duża i kwadratowa, że wystarczyłoby kilka łupnięć, by wyciosać takiego wrogookiego chłopa z wklęsłą gębą. Kurp improwizuje i mówi, że „nie wyrzeźbił jeszcze swojej rzeźby” — co należy rozumieć tak, że nigdy nie wyrzeźbił czegoś, co go zadowala.

Za domem Kurp ma pracownię ukrytą w stodole, gdzie puszcza muzykę klasyczną, bo przy tej wszystko robi się lepiej, więc i do rozmowy ją włączył i opowiadał o artyzmie: o wenie, której nie ma, i o inspiracjach, które — co ciekawe lub co dziwne — czerpie z filozofii i teologii, z której nic po kowidzie nie pamięta. Na dokładkę pokazuje zdjęcia innych rzeźb, z których najładniejszą „rzeźbą” jest jego córka. I mówi też o naturze, o wilkach i lasach, i o niechęci do opuszczania swojego miejsca.

Na polance obok stoi altanka osaczona przez wszelkiej maści monstrua i diabły. Piotrek mówi, że diabły podobno żyją w lesie, a las jest nieopodal, ale ja mu na to, że prawdziwe diabły mieszkają w sercu — a przynajmniej serce niekiedy zamieszkują, tak jak moje i każdego z nas.

Kurp przyznaje, że się na początku stresował, a teraz mu szkoda, że jedziemy, ale idzie obalić sprezentowane mu wino, a poza tym „jest naładowany” i ma chęci do rzeźbienia. Cieszę się, że mogliśmy przywieźć mu sens. Niedługo kolejni biskupi staną do walki z diabłami.