27

Przewija mi się przez życie liczba 27. Nie wiem, co oznacza, najpewniej nic, choć przyjąłem, że zwiastuje więcej dobrego niż złego, a raczej wyłącznie to, co dobre. Po co miałbym myśleć inaczej? W żaden sposób nie wiązałoby się to ze zdrowym pesymizmem.
Nie wierzę w czary, mimo że nie jestem mugolem, ani w magiczne myślenie, moc przyciągania, zwiastuny dobra i zła, pradawne znaki nasączone czarami, a jednak liczba 27 zawsze daje mi do myślenia, jakby los mi pokazywał, że to on ma nam moim życiem kontrolę, a nie ja nad losem — co, jeśli się nad tym zastanowić, jest lekcją nad wyraz praktyczną i użyteczną.
Fenomen ten można wytłumaczyć tak, że ludzki mózg, skupiony na tym, czego szuka, zacznie to dostrzegać nawet w miejscach na pozór nieistotnych. Zaczniesz myśleć o zielonych kaczkach, będziesz widział zielone kaczki. Gdzie? Chociażby jako oczka w rosole. Poprosisz o znak od świata w postaci krów ze skrzydłami, a wówczas wszystkie chmury będą przypominać ci skrzydlate bydło.
Tylko że ja nigdy nie prosiłem o liczbę 27. Nie wiem, co oznacza, nawet się nie domyślam. Może i, skupiony na niej, dostrzegam ją w różnych miejscach, na tablicach rejestracyjnych, w numerach telefonów, na paragonach, a za każdym razem, jak spojrzę na zegarek, to jest godzina za trzy wpół do — tyle że nie dostrzegam jej wyłącznie wtedy.
Powyższe przykłady da się jeszcze wytłumaczyć za pomocą psychologii (pareidolii?), ale jak wytłumaczyć to, że miałem w dzienniku, przez całą szkolną karierę, numer 27? Kiedy grałem w piłkę, miałem na koszulce numer… dwa, a mój przyjaciel dostał siedem. Mój inny przyjaciel po wyprowadzce z rodzinnego mieszkania zamieszkał pod numerem 27. Potem przeprowadził się do innego miasta, tam również zamieszkał pod numerem 27. Ojciec ma w tablicy rejestracyjnej auta numer 27. Innemu przyjacielowi, zapytany o to, kiedy wydam bestseller, odpowiedziałem, że w wieku 27 lat. Kiedy zamawiam żarcie w McDonaldzie, mam numerek 27, a kiedy jestem nastawiony, że pewnie znów przy zamówieniu będę miał ten sam numer, okazuje się, że go nie mam, bo… bo ma go osoba zamawiająca przede mną — to już szczyt nikomu niepotrzebnego szczęścia. Znalazłbym tych przykładów więcej, tylko po co?
Nie piszę tego 27 dnia miesiąca ani w roku 27, ani nawet nie będę czekał na 21:27, żeby ów tekst opublikować — tego byłoby już za wiele.