Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

Bajka o pasażerach

obrazek wiadomo skąd

Rzeczywistość wymęczyła mnie na tyle, że w tym tygodniu nie mam ochoty o niej pisać, dlatego opowiem wam bajkę:

Dawno, dawno temu, gdzieś w dalekiej przyszłości, w pewnym miasteczku, jakich wiele, była sobie grupka znudzonych obywateli. Byli, żyli, aż w końcu postanowili coś zmienić: kupili wycieczkę w nieznane w nowo otwartym biurze podróży ŚWIATY.

Każdy z pasażerów dostał specjalną mapę, na której oznaczony był punkt startowy wycieczki, gdzie czekać miał na nich przewodnik — człowiek blady i gruby, z szachownicami blizn na polikach. Szli i szli uliczkami długimi jak miesiące i chudymi jak ich wypłaty, które w większości wydali na tę przyjemność. Co i raz jeden pytał drugiego, kiedy tam dojdą, lecz nikt nie znał odpowiedzi.

W końcu — znikąd — podjechał samochodzik: malutki, ale twardy i opancerzony; przypominał kraba, a koła jego, niby mechaniczne szczudła, wyciągały się gdzie tylko, od jednego końca ulicy do drugiego lub hen wysoko, tak by po dostosowaniu się do warunków na drodze móc pokonać wszelkie przeszkody.

Wsiedli, zapięli pasy i patrzyli przez okno. Co i raz ktoś z nich pytał, dokąd jadą, ale nikt przecież nie znał odpowiedzi. Czas zdawał się nie istnieć. Patrzyli więc przez okno, a za oknem ujrzeli…

Ujrzeli Świat Odbić: świat, w którym wszystko było lustrzaną wersją rzeczywistości — kolory były odwrócone, a malarstwo i muzyka stanowiły główne środki transportu. Widzieli Świat Bogactw: świat, w którym nikt nie biedował, żrąc do rozpuku, i każdy kupował sobie apartamenty w najdroższych dzielnicach. Zobaczyli też Świat Marzeń: świat, w którym spełniały się wszystkie marzenia, a magia przepływała z taką swobodą, z jaką mknie prąd przez kable. Widzieli Świat Duchów: mistyczny świat duchowej energii, gdzie duchy objawiały się poprzez naturę i sny.

Z początku pasażerowie, widząc to, co za oknem, przepełniali się nawzajem ekscytacją, tak że niemal zmieniali kolory na podobę kameleona, potem wszystko zlało im się w jeden wielokolorowy bełt.

Wreszcie krabi samochodzik dotarł do celu. Pasy odpięły im się same, a drzwi otworzył im milczący przewodnik. Pasażerowie wysiedli, po czym, nadal podekscytowani, zaczęli się rozglądać. Rozglądali się i rozglądali. Nigdy nie widzieli takiego miejsca! Ruszyli w głąb miasta drogą długą, bardzo długą, ale przeszli ją szybko, a potem ktoś wyjął mapę. Zorientowali się, że są w miejscu, w którym spędzili większość życia. Byli w swoim mieście, w swoim świecie. W Świecie Realnym — wreszcie! Szarzyzna otuliła ich serca.