Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

Stary Hiszpan lubi polskie kino

Przez kolejne tygodnie będą pojawiać się tu listy, które są relacją z podróży do miejsc, do których w te wakacje zagnał mnie los.

List 1:

Kochana,

Tej nocy nie spałem wcale. O 4 nad ranem wygrzebałem się spod kołdry i oprócz garści ubrań spakowałem ładowarkę i Rozmyślania Marka Aureliusza. Czego więcej mi potrzeba? Jedynie szczypty szczęścia i ze dwie rozumu. Resztę miejsca w torbie ofiarowałem innym i założyłem — lub, jak to ty wolisz: ubrałem — ciemną koszulę z motywem Gwiezdnych Wojen oraz panamski kapelusz, po czym zanurzyłem się w chłodnym poranku.

Kiedy nie trzeba opisywać, jakie coś jest, jak na przykład lotnisko czy samolot, nasuwa mi się to słynne zdanie z koniem. Na terminalu wegetowałem względnie krótko i liczyłem, że na pokładzie padnę z niewyspania, ale nawet to mi się nie udało. Siedziałem między dwoma bykami, zupełnie jak wyjętymi z corridy, i próbując zasnąć, wygiąłem się jak warzywko, które ma jakąś świadomość otoczenia, lecz nic poza tym. Po wyjściu z El Prat oddech Barcelony, gęsty i gorący jak zupa, rozlał mi się po karku aż po kolana.

Uberzysta nie zawiózł mnie pod sam hotel. Pokonała go śmieciarka i chęć szybkiego zarobku kosztem zaniedbania aktualnego klienta. Do uberzysty mówiłem po hiszpańsku, ten odpowiadał po angielsku i nie zauważył, że posługujemy się różnymi językami. Na recepcji w hotelu było to samo, tym razem jednak poprosiłem wyraźnie, by mówili w swoim języku. W sklepie znowu to samo. Muszę upominać każdego po kolei. A najgorsze jest to, że kiedy kończę tę krótką wymianę zdań, Hiszpan czy Hiszpanka rzucają na koniec słówkiem czy dwoma po angielsku, jakby to, że rozmawiali ze mną w swoim języku, po prostu im się przyśniło.

Dzisiaj jedynie trochę pospacerowałem, dziwiąc się, że jeszcze nie padłem na chodnik z wyczerpania. Uratowały mnie empanadas i churros. Jedne i drugie mają właściwości elfickiego chleba (lembasów) i zapychają człowieka na długo, przy okazji stawiając go na nogi. Zawędrowałem pod Sagradę Familię. Od ostatniego razu, kiedy ją widziałem, dodali kolorowe warzywa i owoce na czubkach strzelistych wież. Dopiero teraz, obserwując tę budowlę, naszło mnie, że — po pierwsze — wygląda, szczególnie z jednej strony, jak monumentalny sękacz, a po drugie, że na czymś nieskończonym też można zarobić — i nie mówię na przykład o nieskończoności produktów, którymi można by handlować, tylko o tym, że można zarabiać na nieustannym rozwijaniu siebie: w końcu sami jesteśmy budowniczymi własnych świątyń, które dźwigamy wcale nie inaczej niż ślimak swój dom.

Chyba nie zrobiłem więcej niż 10 „kilometry”. Podkreślam, nie śpię już 32 godzinę. W drodze powrotnej usiadłem w ogrodach Jardines del Baix Guinardó, przy stawie, w którym brodził facet karmiący ryby. Tuż obok kupiłem na kolację empanadas, w prywatnym sklepiku, w którym obsługiwał łysawy dziadziuś z twarzą jak dojrzała pomarańcza. To była jedyna osoba, która rozmawiała ze mną po hiszpańsku, przy czym oblała go fala szczęścia i niedowierzania. Pytał, jak to możliwe, że mówię tak dobrze i czy musiałem się nauczyć hiszpańskiego do pracy, na co ja, że mam to szczęście, że mogłem się go nauczyć po prostu dla przyjemności. Zaczął mi opowiadać, że kocha polskie kino i jak włącza Netflixa, to wyłącznie polskie produkcje, a poza tym Warszawa wydaje mu się wspaniała, taka piękna i nowoczesna, odbudowana po wojnie jak należy. Powiedziałem, żeby nas odwiedził, że nie pożałuje, a on że bardzo by chciał. Dał mi w prezencie do zamówienia dwa soczki ananasowe.

Teraz leżę i czekam, aż niebo ściemnieje. Ale chyba nie wydarzy się to prędko. Kiedy kończę pisać ten list, jest dopiero osiemnasta (specjalnie nie piszę, że szósta). Niedługo znów się do ciebie odezwę. Mam nadzieję, że spało ci się dobrze, a dzień nagrodził cię wszystkim, co miał najlepsze. Pamiętam, że mówiłaś, że szkoda, że wyjeżdżam. Gdybym w przeszłości wiedział, co kryje przyszłość, może i podjąłbym inne decyzje, ale jedno jest pewne: chciałbym ci to wszystko pokazać.

E.W.